Showing posts with label sierra nevada. Show all posts
Showing posts with label sierra nevada. Show all posts

Friday, July 14, 2017

como sube esta chica

Krótki okres, gdy upały przerywają,a przynajmniej limitują, na chwilę sezon wyścigowy na południu Hiszpanii wykorzystaliśmy na dosłowne oderwanie się od rzeczywistości i spędziliśmy 3 dni wędrując po Sierra Nevada.

Piątkowym popołudniem wystartowaliśmy z miejscowości Capileira, żeby koło godziny 23, już przy świecącym księżycu, dojść do schroniska La Caldera. Tym razem już pierwszej nocy nie byliśmy sami i była to ciężka noc... Chrapania z każdego kąta i ewakuacja większości ludzi około 4.30 nad ranem...

Dopiero ostatnie godziny przed świtem udało się jakoś bardziej zmrużyć oko. Po śniadaniu zostawiliśmy sporo rzeczy w schronisku i ruszyliśmy z zamiarem wejścia na Alcazabę i Mulhacen według tracka, który nie prowadził głównymi szlakami.

Trochę ponad 600 metrów w pionie na Alcazabę zajęło nam ponad 2 godziny... Było trochę wspinaczki, dużo ześlizgiwania się i szukania odpowiedniej drogi. Na Mulhacen poszliśmy już standardową trasą schodząc najpierw do dolinki siedmiu jeziorek.

Szczęśliwie kolejna noc, pomimo nawet więcej niż pełnej obsady schroniska, upłynęła dużo spokojniej i udało się bardziej wypocząć. W niedzielny poranek ruszyliśmy jeszcze raz na Mulhacena, wyprzedzając po drodze kogo tylko się dało. Doduś budził niemały podziw torując drogę z dodatkowo pełnym bagażem na plecach.

Z Mulhacena z powrotem do Capileiry każda godzina była co raz trudniejsza. Jednak brak wprawy piechura daje szybko o sobie znać. Kolejne dwa dni ledwo mogłem chodzić. Ale w końcu wyszło nam prawie 50 kilometrów w 3 dni, no... w niecałe 48 godzin.

Friday, December 23, 2016

cazadores del pavo

W związku z tym, że mój Doduś zabiera mi wszystkie tematy nie mam się co rozpisywać :P, więc tylko krótkie podsumowanie przedświątecznych wydarzeń.

Tradycja wyścigów o indyka przypadała nam bardzo do gustu i w tym roku też nie omieszkaliśmy zaliczyć tylu ile się tylko dało. Niestety, pogoda nie była łaskawa. Na zawody w Moron nie udało nam się dojechać, a nawet dobrze wyjechać z domu - odwiedził nas temporal i mieliśmy mała powódź.

Później już było ciut lepiej. Doduś sam był w Los Barrios na starych śmieciach i przywiózł z powrotem pierwszego dorodnego indyka. Ja oszczędzałem na jakiś dodatkowy dzień urlopu.

Kolejne zawody w Marbelli, na głównej ulicy miasta przy sztucznym, świątecznym świetle miały swój urok. Doduś ponownie wygrywa wśród pań  i mamy kolejnego indyka :). Ja zaliczyłem dobry trening - 40 km w lekko ponad godzinkę.

Na deser zostały zawody z metą na podjeździe do miejscowości Competa. Znów pogoda dała trochę w kość, bo mżyło przez pierwsza część zawodów. dorotka tym razem odpuściła, dając się wykazać innym, a ja próbowałem sił na "sprinterskim" podjeździe. skończyło się na trzecim miejscu w masters 30 i 10-tym open.

W tym tygodniu prawie relaks :) Dwa dni w Sierra Nevada na pełnym etacie, z krótką przerwą na obiad, na nartach.

Wesołych Świąt!

Tuesday, June 28, 2016

sierra nevada chill out

Zawsze chciałoby się mieć więcej. Ale zawsze też trzeba mierzyć wysoko, bo bez tego więcej na pewno nie będzie. Mierząc wysoko trzeba również być przygotowanym na upadki i, co ważniejsze, na wyciąganie z nich wniosków na przyszłość.

Czerwiec obfitował w górzyste starty i dawało to nadzieję na dobre rezultaty. Jednak rzeczywistość była trochę inna i większą część miesiąca zabrała nauka wyciągania wniosków. Trasa trzech szczytów w Gergal i ultra dystans La Indomable kosztowały mnie wiele wysiłku, tak że trzy dni po zawodach w Berja ledwo co moglem wjechać pod górkę do domu... Moje wyniki też dużo poniżej oczekiwań.

Coś drgnęło dopiero w Almunecar na zawodach Cota 1200, a już całkiem dobrze było na Sierra Nevada Limite. Co prawda nie udało się obronić wygranej na dystansach 'Oro', ale w tym roku stawka była też dużo mocniejsza. Jednak z tego ostatniego startu i całego pobytu w górach jestem zadowolony. Tym bardziej, że Dorotka czuje się lepiej niż w zeszłym roku, co widać też po wynikach i na domowej półce z pucharkami ;)

Tegoroczny sezon kolarski zbliża się powoli do końca. We wrześniu jedziemy na podróż poślubną, której de facto nigdy nie mieliśmy. Jedziemy zobaczyć jeszcze wyższe góry.

Thursday, June 2, 2016

pack filler

Spokojniejszy okres majowy wykorzystaliśmy na weekend wysokogórski :). Tylko 2 dni, ale w Sierra Nevada oznaczało to około 260 km i ponad 7 km przewyższenia. Mam nadzieje, że to jakoś zaprocentuje, bo w ostatni weekend zaliczyłem swoje pierwsze zawody z cyklu Copa Espana Masters i mogę powiedzieć tyle, że udało mi się je przejechać, wypełniając grupę. 120 km w 3 godziny po pagórkach w okolicy Cordoby, z cieknącym nosem od alergii. Już wiem, o czym pisał Peter Stetina. Ale... Mamy czerwiec, leczymy się i będzie dobrze.

Saturday, March 19, 2016

ruta cicloturista

Ostatnie dni ubiegłorocznych wakacji wykorzystaliśmy na wakacyjny wyjazd odwiedzając różne miejsca w Almerii, regionie Murcia i kończąc w śnieżnym Sierra Nevada. Było żywiołowo zarówno w naszych poczynaniach, jak i w przyrodzie, gdyż Hiszpanię "dotknęła", pewnie ostatnia tej zimy, ola del frio.

Sol

Inaczej być nie mogło, głownie towarzyszyło nam słońce. Można powiedzieć, że nawet aż za bardzo, gdyż ostatni dzień w Sierra Nevada spędziliśmy na nartach niczym beduini okryci od stop do głów, żeby się chronić przed słońcem, które dzień wcześniej spaliło nas konkretnie. Ja teraz zmieniam wężową skórę na twarzy.

Zaczęliśmy od słonecznej Almerii, na chwile tylko chowając się pod ziemie, żeby zobaczyć schrony z czasów wojny domowej. Warto! A szczególnie z przewodnikiem!

Słońce też towarzyszyło nam podczas rowerowych zmagań wyścigowych, o których troszkę więcej na końcu.

Frio

Opuszczając prowincje Almeria, po "przejażdżce" na Alto de Velefique, w poniedziałkowe przedpołudnie dopadła nas wspomniana fala zimna. Zaczęło padać, a gdy dotarliśmy do naszego następnego przystanku, jakim była Caravaca de la Cruz temperatura przez dwa dni oscylowała w okolicach 5 stopni, a w wyższych partiach gór otaczających miasteczko spadło trochę śniegu.

Nie przeszkodziło to nam w eksploracji miasteczka, które jest jednym z najświętszych miejsc chrześcijaństwa z uwagi na relikwie drzazgi z Krzyża Chrystusowego. Udało się też zaliczyć trochę kilometrów między Caravaca a Moratalla.

Agua

Z Caravaci udaliśmy się z powrotem w kierunku morza, spędzając większość dnia w stolicy regionu Murcia. Miasto samo w sobie ładne, ale nie zrobiło na nas takiego wrażenia jak andaluzyjskie stolice.

Pod wieczór dotarliśmy do Mar Menor (Morza Mniejszego), które jest oddzielone od Morza Śródziemnego półwyspem zwanym Manga, czyli rękaw.

Ulokowaliśmy się na 13 pietrze apartamentowca... Widoki super! Samo miejsce jednak jest już idealne dla tych tylko, którzy lubują się w plażowaniu i nie odpycha ich blokowisko usytuowane przy plaży. W lecie zjawia się tam ponoć pół miliona ludzi, żeby korzystać z kąpieli w obu akwenach. Woda w Morzu Mniejszym ponoć dochodzi do 38 stopni.

Viento

Wiatr był dodatkowa "atrakcja" naszego pobytu nad Morzem Mniejszym. Duło tak, że jadąc na rowerze ciężko było poruszać się do przodu, a zawracanie wymagało umiejętności akrobatycznych.

Zapewne wiatr to urok położenia półwyspu, gdyż już w oddalonej o kilkanaście kilometrów Cartagenie, położnej w strategicznej zatocze wykorzystywanej od Fenicjan aż do wojny domowej, panowała cisza.

Sama Cartagena, pomimo ze historycznie doświadczyła wiele, nie rozkochała w sobie od pierwszego wejrzenia. Być może przez to, ze przez pokolenia kolejne budowle były wznoszone na ruinach innych miasto poza kilkoma zakątkami wygląda jakby było zaniedbane.

Cartagena była naszym ostatnim przystankiem w regionie Murcia. Stamtąd udaliśmy się do Nijar, znów do Almerii, żeby wziąć udział w pierwszej edycji Vuelta Cicloturista a Almeria.

Na zakończenie tejże znów towarzyszył nam wiatr, z którym trzeba było się zmagać przez ostatnie 20 kilometrów trzeciego etapu zawodów.


Nieve

Po zawodach, z miejscowości Tabernas pojechaliśmy prosto do Pradollano położonego wysoko w Sierra Nevada. Powyżej 2000 metrów n.p.m. leży całkiem sporo śniegu, tak że otwartych jest nawet więcej tras narciarskich niż pamiętamy z zeszłego roku. Przez dwa dni całkiem zapomnieliśmy o "rzeczywistości" korzystając ze świetnych warunków do jazdy. Było zarówno troszkę roweru, jak i kilkanaście bitych godzin szusowania do stokach Velety.


Bici

Punktami, które wytyczyły nasza trasę były zawody, w których braliśmy udział. W Almerii zaczęliśmy od Ruta del Andarax, gdzie oboje otarliśmy się o podium kończąc na czwartych miejscach.

Wspominana już Vuelta Cicloturista a Almeria składała się z 3 etapów i pozwoliła oprócz pojeżdżenia na wyższych obrotach lepsze poznanie naszej nowej-starej drużyny. Tym razem udało się tez wspiąć na podium, Dorotka wygrała wśród pan, a ja bylem trzeci w masters 30 i siódmy w generalce.

Przyszłoroczna Vuelta może być interesującą propozycją dla miłośników Calpe. Ostatecznie Carboneras, które ugości start edycji 2017, nie jest aż tak daleko.

W sumie oprócz zwiedzania i nart pokonaliśmy około 900 rowerowych kilometrów, w tym około 400 na zawodach.

Zdjęcia z całej wyprawy w galerii.

Wednesday, July 1, 2015

sorpresas

Tym razem chyba nie mogę powiedzieć, ze niespodzianki były niemile. Jak to niespodzianki, niektóre były naprawdę niespodziewane i spowodowały trochę kłopotów i trudności, ale koniec końców wszystko trzeba zapisać na plus.

W ubiegły weekend zaliczyliśmy kolejna edycje Sierra Nevada Limite i wyjazdu na Velete. W końcu udało się też wyrwać na ciut dłuższy, bo 4 dniowy, weekend i odetchnąć pełną piersią przed miesiącem wypuszczania na produkcje wszystkich naszych systemów, na którymi pracowaliśmy ostatnie miesiące.

Niespodzianki? Zaczęło się od startu wyścigu sobotniego. Chyba wszyscy przypuszczali, że podobnie jak w poprzedniej edycji po długim, kontrolowanym zjeździe z Pradollano do Granady nastąpi chwilowe zatrzymanie na pozbycie się zbędnych ubrań, a tu nie. Przejechaliśmy przez strefę "guardaropa" i bez postoju zaczęła się zabawa. Dla tych, którzy na zjazd potrzebowali "cieplejszych" rzeczy zabawa właściwie mogła się skończyć... Na szczęście zamiast jesiennej kurtki zabrałem tylko wiatrówkę, która bez problemu mieści się w kieszonce., wiec tym razem udało mi się zacząć wyścig zgodnie z planem razem z czołówką peletonu.

Druga niespodzianka nastąpiła już chwile potem. Na początek zawodów jest podjazd na El Purche. Taki jakich nie lubię, strome ścianki poprzetykane chwilowymi wypłaszczeniami. Od początku jechało mi się beznadziejnie, tak jakbym miał za ciężkie przełożenia. No własnie. Po wszystkim okazało się, że ostatnia wizyta u mechanika, żeby zamienić kasetę z 11-23 na 12-25 skończyła się tym, że wróciłem do domu z tą sama kasetą... Dlatego też droga na Hotel Duque nie należała do najłatwiejszych. Znów około 20% fragmenty dały w kość na tyle, że na ostatnie 7 km "normalnego" podjazdu do Pradollano nogi miałem betonowe. Skończyło się na 4-tym miejscu, ale tylko z niespełna minutową stratą do pierwszego zawodnika startującego w dwudniówce.

Na niedziele czekała na nas Veleta. Podczas sobotniej dekoracji i obiadu wydawało się, że nie wjedziemy zbyt wysoko, bo mocno wiało i mimo jeszcze czwartkowych prognoz zwiastujących dobra pogodę na ponad 2500m n.p.m. wjazd pod sam szczyt Velety wydawał się mało prawdopodobny. A tu... niespodzianka. Trzeba było odrabiać straty, wiec od początku starałem się jechać równo i mocno, dyktując tempo przez długi czas. Gdy minęliśmy bufet spodziewałem się zobaczyć znak oznajmiający 10 kilometrów do mety, ale zamiast tego napotkaliśmy znak informujący, że jesteśmy gdzieś w połowie i że do mety 20 km. Jedziemy na sam szczyt.

Ostatni kilometr praktycznie po kamieniach, ale udało się. Dojechałem trzeci, po zawodowcu z Chile, który w zawodach brał udział towarzysko i koledze startującemu tylko w niedziele. Do zawodnika, który był przede mną w klasyfikacji nadrobiłem około 10 minut. To był podjazd jaki mi pasuje! A do 3300m n.p.m. brakowało kilkunastu metrów.

Ostatnia niespodzianka była nagroda. Mamy mieć zapas gazpacho na cale lato :) Zwycięzcy zainkasowali swoja wagę w andaluzyjskim przysmaku od Solfrio.

Dorotka tym razem nie była do końca zadowolona, gdyż skończyła druga w klasyfikacji. Powinno być więcej dni startowych, w poniedziałek, gdy trzeba było wracać już do domu nogę miała najlepsza.


Wednesday, January 28, 2015

lords on the boards

Nasze pierwsze noworoczne postanowienie udało się już spełnić, a nawet, zależy jak liczyć, udało się to zrobić od dwóch do pewnie około setki razy. Po dwóch latach przerwy znów pojawiliśmy się na stoku narciarskim.

Teraz taka opcja istnieje tylko w Sierra Nevada, więc po raz pierwszy zawitaliśmy do Pradollano w celu, w jakim zostało ono stworzone. Słońce i śnieg. Za drugim razem należy dodać jeszcze wiatr, ale i tak poszczęściło nam się, gdyż między naszymi dwoma eskapadami pogoda była gorsza i spadło sporo śniegu.

Dla mnie był to pierwszy raz w stacji tego typu. Duża ilość wyciągów i niezliczona ilość tras, także tłum ludków, który tam przyjeżdża jakoś znika na ogromnej przestrzeni. Kolejki do wyciągów w godzinach szczytu nie są dłuższe niż kilka minut. W ten weekend, pewnie z powodu większej ilości śniegu, która otwiera więcej możliwości dla nie-narciarzy, w górach było mnóstwo ludzi. Wyjazd z Pradollano zabrał nam więcej czasu, niż podjazd z Granady rowerem... Na stokach jednak nie było tego czuć.

Za pierwszym razem byliśmy w hotelu Nevasur, który chyba jest popularny wśród kolarzy. W gablotce można było znaleźć m.in. koszulkę mistrza świata Rui Costy i zdjęcie Ani Szafraniec z autografem.

Słońce i śnieg. Pięknie.

Galerie: 1 2

Saturday, November 29, 2014

multicore

Offtopic. Jaka jest różnica w codziennym działaniu między kobietą a mężczyzną? Doszliśmy do wniosku, że kobieta działa jak procesor wielokorowy, z prawdziwie równoległym postrzeganiem rzeczy... żeby jeszcze potrafiła to kontrolować. Mężczyzna potrafi działać tylko z wirtualną równoległością, tylko wielowątkowo, tylko, a może i aż.

A wracając na ziemie. Tydzień temu, można powiedzieć, rozpoczęły się przygotowania do nowego sezonu. Byliśmy w Sierra Nevada, w Bubion, i dwa razy zaliczyliśmy okolice 3000 metrów n.p.m.. Teraz, jak na Hiszpanie, bardzo deszczowo, bo już trzeci dzień z rzędu kropi z nieba. Poprzednie dwa nawet lało, ale pogoda, w sumie jak w polskim, deszczowym lipcu. I tak trzeba będzie się zmobilizować na jakąś siłownie, bo jeszcze tydzień przed świętami mamy małe zawody na starych śmieciach w okolicach Gibraltaru.

W pracy do przodu. Gdy kilka miesięcy temu bawiłem się angularem, nie myślałem, że przyda się to w pracy. A jednak... Co prawda tylko na potrzeby demo (nie ma to jak wyprzedzać wymagania i QA), ale zawsze.

Wednesday, July 2, 2014

na dachu europy

Zastanawiam się, jaki tytuł powinienem dać naszej kolejnej eskapadzie w Sierra Nevada. Po raz kolejny brakuje słów, żeby opisać wszystko... Tym razem najbardziej zapadły mi chyba w pamięci mega-długaśne zachody słońca. Okna naszego apartamentu były wycelowane na północ i jeszcze długo po faktycznym zachodzie słońca można było obserwować kurczący się dzień, gdzieś tam - daleko.

Celem naszego wyjazdu były zawody Sierra Nevada Limite. W tym roku pojawiła się dodatkowa opcja katorżniczej 180 kilometrowej trasy do pokonania w sobotę. Trzeba było spróbować :) Zaczęło się od pecha, bo zaraz po ostrym starcie spada mi łańcuch i muszę się zatrzymać, żeby go założyć ręcznie. Także na początek gonitwa do góry. Za szybko... Czołówka, która i tak była poza zasięgiem, odjechała, a po dojściu do grupki dla mnie odpadłem z niej na najbardziej stromym fragmencie. Potem trochę samotności, druga grupka i po jakimś czasie jest i większy peleton, a przed nami z 10 minut z przodu jeden zawodowiec. 180 km i pod 5 km w pionie przy granadyjskim słońcu to nie przelewki. Ostatni podjazd, jakieś 30 km do mety, zaczynam na skurczach i tak już do końca - walka o przetrwanie. I tak wyszło nieźle, bo docieram 8-my open i 3-ci wśród szaleńców atakujących oba dni zawodów.  Dorotka pokazała siłę i zwyciężyła open wśród pań i była 54-ta w ogóle na krótszym dystansie, tylko 90 km i dobrze ponad 3 km w pionie... 

Drugi dzień to dla wszystkich wjazd na Veletę. Start ostry z Pinos Genil i już praktycznie cały czas, 30 km tylko do góry. Z powodu wiatru meta była trochę niżej niż rok temu na ok. 2650m n.p.m., więc część trasy w stylu off-road liczyła niecałe 3 km. Całe szczęście. Mi jechało się nadspodziewanie dobrze, mimo odczuwalnego "betonu" w udach wjechałem 6-ty open i 2-gi wśród "tytanów". Cały czas równo i bez zrywów. Nie udało się co prawda odrobić całej straty do drugiego miejsca w dwudniówce, ale było dobrze. Dorotka trochę zawiedziona, bo nie wygrała ponownie open wśród pań :) Była 3-cia. Ale w dwuetapówce przewagę nad drugą dziewczyną miała większą niż zawodowiec, który wygrał na moim dystansie "titanium". W ramach atrakcji można było zjechać z rowerem na dół kolejką zamiast jechać po kamieniach..

W Pradollano zostaliśmy jeszcze 2 dni. Trochę pojeździliśmy, trochę pospacerowaliśmy. Zaliczyliśmy podjazd na Haza Llanas, gdzie Horner wygrywał niedawno Vueltę. Stromo :) W drodze powrotnej zrobiliśmy postój w miejscowości Salobreña. Już klika razy podziwialiśmy z autostrady zamek usytuowany nad urwiskiem, więc tym razem w końcu postanowiliśmy zwiedzić miasteczko.

Monday, March 31, 2014

sierra nevada

Jak ten czas szybko leci... Tydzień temu był pierwszy dzień w pracy po urlopie, a teraz już wydaje się jakby minęło kilka tygodni. W poniedziałki zwykle mamy czas na retrospekcję, a więc, cofając się trochę wstecz, parę słów o naszym wyjeździe.

W rocznicę naszego przyjazdu do Hiszpanii zawitaliśmy do Sierra Nevada mając w planie okrążenie tego najwyższego w Hiszpanii pasma górskiego. Pierwsze 4 dni spędziliśmy w okolicy Trevelez, najpierw w Alcazaba de Busquistar, a potem w Balcon de Cielo. Poranki były jeszcze zimne, ale ze wschodem słońca temperatura szybko rosła, także z dnia na dzień wyruszało się z mniejszą ilością warstw na grzbiecie. Góry - piękne. Dorotka po raz kolejny próbowała zawojować Mulhacena. Tym razem skończyło się na 3300 metrów. Planowaliśmy spróbować razem, ale mój rower nie dotarł na czas (hmm, a tak, mam już rowerek MTB...). Tego dnia ja zrobiłem 130 km traskę, na której do pokonania było ponad 3 km w pionie.

W Trevelez byliśmy m.in. na lokalnym pstrągu. Też je tu mają! Przyrządzone trochę inaczej, bo ja miałem z jamonem a Dorotka z alpujarskimi kiełbaskami i kaszą manną. W Balocn de Cielo spotkaliśmy bardzo przyjaznych gospodarzy, Amerykankę i Niemca. Ogólnie fajne miejsce, jeśli chcę się uciec trochę od cywilizacji. Brakuje tylko kilkuset metrów dobrej drogi, żeby łatwo było dotrzeć tam szosówką.

W Laujar odwiedziliśmy znane już  na miejsce, willę z sieci Villa de Andalucia. Wjechaliśmy na przełęcze Puerto del Ragua i Santillana, po drodze wspinając się po niesamowitych drogach. Genialna nawierzchnia i jeszcze piękniejsze widoki. Laujar leży na 1000m n.p.m., ale z pogodą trafiliśmy tak, że temperatura była co najmniej majowa :). Pozostające bardziej na uboczu, lokalne knajpki też niczego sobie. Można zjeść (i wypić dużo wina) w miarę tanio i bardzo smacznie.

Podczas przeprawy na drugą stronę Sierra Nevada chcieliśmy po drodze wjechać na przełęcz koło Velenfique startując z Tabernas, w okolicy którego nakręcono wiele hollywoodzkich westernów. Co prawdą na właściwą drogę nie trafiliśmy, ale za to były inne piękne szosy m.in. z wjazdem na Puerto de la Virgen de la Cabeza. Mi tego dnia wyszło ponad 160 km. Wieczorem zawitaliśmy do Cortes de Baza.

Pobyt w samym Cortes również będziemy wspominać bardzo miło. Co prawda śniadanie nie było kolarskie, ale pani gospodyni była bardzo miła. Mieliśmy później darmową paellę, a na wieczór dobrą, domową pizzę i "lekcję" hiszpańskiego przy kominku. Okolicy bardzo nie zwiedziliśmy, przejechaliśmy się tylko do Bazy i z powrotem, ale trzeba było trochę odsapnąć, bo na ostatni dzień zaplanowaliśmy wjazd do Pradollano.

I tak, żeby zamknąć pętlę, niedzielnym rankiem udaliśmy się do Grandy, skąd ruszyliśmy w kierunku Pico de Veleta. Na górze jeszcze dużo śniegu i dużo... ludzi. Jedno to narciarze, a drugie weekendowicze, korzystający ze śniegu i pięknego słońca w piknikowej atmosferze. A my, na krótko, suchutką drogą przebitą w śniegu dojechaliśmy do jej końca na ponad 2500m n.p.m.. Zimowe powietrze powoduje, że widoki z góry są nie do opisania.

Podsumowując krótko te 9 dni. Na budziku 826km, ponad 17km w pionie, 8 butelek wina i wspaniały czas spędzony razem.

Thursday, March 13, 2014

patanegra y patacabra - z nóżki na nóżkę, czyli pierwszy rok na Gibraltarze

Dokładnie rok temu autem zapakowanym po dach wyruszaliśmy w nieznane. Szybko, prędzej, wysyłanie rzeczy, pakowanie, ostatni dzień w pracy i pojechaliśmy... Teraz też się pakujemy, ale w zgoła odmiennych nastrojach - jedziemy na krótkie wakacje w Sierra Nevada. Czyli chwila, wciąż tam jesteśmy?  Tak się składa, że tak. Trochę daleko, ale poza tym nie mamy na co narzekać. Jeszcze nie wiadomo, co dokładnie przyniesie jutrzejszy dzień, ale pewnie zostaniemy w okolicy jeszcze troszeczkę.

Ten rok minął nam szybko, nowe miejsce, mnóstwo nowych rzeczy, tych materialnych i tych takich nie do końca uchwytnych... Bogactwo kultury, krajobrazów, kuchni, nowy język, przyjaźni ludzie. I słońce. Tak! Wszystko to sprawia, że czas leci bardzo szybko, ale i przyjemnie.

Z nóżki na nóżkę? Patanegra to najlepszy jamon, w którym tutaj bardzo zasmakowaliśmy. Dosłownie czarna noga, bo jest to udziec czarnej świni specjalnie hodowanej na ten cel. Jak w prawdziwej hiszpańskiej rodzinie jamon wisiał u nas na ścianie, a potem z ceremoniałem został rozpieczętowany i skonsumowany. Nie trwało to zakładanych kilku miesięcy, ale trudno było się oprzeć. Patanegra to też nagroda, w postaci jamon oczywiście, którą otrzymałem za zwycięstwo na Alto Penas Blancas. "Nóżka" ta spina więc dużą część tego, co doświadczyliśmy tutaj.


Dla równowagi mamy też drugą nogę - patacabra - nogę kozy. La Patacabra to pierwszy wygrany wyścig na hiszpańskiej ziemi w okolicy, z którą mamy bardzo miłe wspomnienia. W Sierra de Grazalema mój Doduś obchodził 30 urodziny dochodząc do siebie po skoku z samolotu. Kozica, jak i u nas, symbolizuje też góry, a tych tutaj jest pod dostatkiem. Cały czas jeszcze śmieję się z Dorotki, gdy wspominamy jej stare wyobrażenia o Hiszpanii. Plaża, lenistwo i słońce? No nie bardzo.

Rowerowo zatem był to rok bardzo udany. Dorotka po problemach zdrowotnych powróciła do wyśmienitej formy i zaskoczyła pewnie niejedną hiszpańską kozicę. Na półce stoi w sumie z lekka 20 pucharków. W tym roku, jeśli się uda, spróbujemy parę razy bardziej ambitnych startów w licencjonowanych zawodach.

Do pracy tutaj też chyba już przywykliśmy. Mañana rulez. Tak jak wspomniałem nie wiadomo, co będzie jutro, ale na razie na celowniku mamy mistrzostwa świata w Brazylii. Ale na razie trzeba się jechać dotlenić ;)

Hasta luego!

Monday, November 25, 2013

złota alpujarrska jesień

 Minął już prawie cały listopad, a my cały czas jakoś nie wyczuwamy zbliżającej się zimy. Ale po kolei bo trochę się działo.

1-wszy listopada to u nas bardzo tradycyjne święto, tutaj nie dało się tego tak odczuć. Raz, że dla nas był to normalny dzień pracy, dwa, że cmentarz w La Linea zamknęli chyba równo ze zmrokiem, także nici z klimatycznego spaceru znanego z polskich realiów.

Rowerki mieliśmy troszkę odstawić na wieszak, ale Dorotka nie mogła się oprzeć wyzwaniu i wystartowała w maratonie MTB w Los Barrios. Pierwszy raz od 1.5 roku, po kilku przejażdżkach w terenie,a na koniec druga lokata wśród pań. Ja bawiłem się w fotografa ;)

Na Święto Niepodległości, nasze Święto Niepodległości ma się rozumieć, chcieliśmy odwiedzić pomnik generała Sikorskiego, ale nie udało nam się dotrzeć, bo okazało się, że zamknęli jeden z tuneli na Gibraltarze... Pozostała nam tylko msza organizowana przez lokalną Polonię.

Kolejny weekend spędziliśmy w Sierra Nevada, tym razem 'a pie', czyli trochę wędrując po ścieżkach i poza szlakami ;). Chcieliśmy wejść na Mulhacen, ale jednak trochę przekombinowaliśmy i udało się dotrzeć tylko na Mulhacen II. to i tak około 3300m n.p.m., ale trzeba było uciekać na dół. Dzień się kończył... a i tak końcówkę przeszliśmy w świetle księżyca. Trzy noce spędziliśmy w Laujar de Adarax odwiedzając lokalne miejscowości (Paterna, Fondon) i góry (Monterrey, Sierra de Gador). Odwiedziliśmy kolejną willę z sieci 'Villas de Andalucia'. Kolejny raz super! Wyszabrowaliśmy trochę granatów, pigw, winogron i fig, aż dziw, że nikt tego tam nie zbiera. Jak na relaksacyjny, przedłużony weekend to troszkę się wymęczyliśmy. Powstała też całkiem miła galeria. Południowe stoki Sierra Nevada bardzo teraz przypominają złota polska jesień...


Wczoraj można powiedzieć, że zacząłem przygotowania do nowego sezonu. 3-godzinna przejażdżka w stronę  Jimeny w towarzystwie kolarzy z La Linea. Co prawda w sobotę trochę padało, wykorzystaliśmy to żeby pojechać do Chiclany zrealizować kupon wygrany przez Dorotkę w Benalup, ale wczoraj było już ładnie i słonecznie. Może już nie tak ciepło, jak na początku miesiąca, ale w sumie chyba zaczynamy trochę odczuwać pogodę po hiszpańsku... Poniżej 10 stopni to już zimno :P

Ostatnio doszliśmy do wniosku, że powinniśmy dokładniej spisywać, co się tu dzieje. Po raz kolejny słuchamy audiobooka 'Talking to the snail' o Angliku w Paryżu, a my czasem moglibyśmy przytoczyć bardzo podobne sytuacje i historie jak tam. Zobaczymy :)

Friday, July 12, 2013

sierra nevada

Za nami pierwsze małe wakacje podczas gdy pracujemy na Gibraltarze. Krótkie, ale za to bardzo treściwe. Jeszcze kilka miesięcy temu zastanawialiśmy się czy Dorotka po zeszłorocznych przygodach będzie w stanie pokonać trudności górskich podjazdów Sierra Nevada... Pokonała! I to jak :)

W sobotę był wyścig. Start w Pradollano, czyli na ponad 2000m n.p.m. i zaliczanie okolicznych podjazdów. Główna droga jest zrobiona tak, żeby mogły wyjechać na górę ciężkie samochody dojeżdżające do stacji narciarskiej, ale to boczne potrafią być strome. 92km i prawie 3km w pionie. Start, jak dla mnie, trochę nie fair. Miał być zneutralizowany zjazd do Granady i dopiero stamtąd ściganie, a wyszło tak, że po zjechaniu na dół miałem pewnie z 10-15 minut straty do czołówki. Pozostało gonić i gonić. Ostatecznie dojechałem w okolicach 20-tego miejsca open i 10-ty wśród tych którzy przyjechali na 2 dni. Dorotka 3-cia wśród kobiet.

Drugi dzień to wjazd na Veletę. Z Granady (ok. 730m n.p.m.) pod szczyt drugiej co do wysokości góry w sierra Nevada na trochę ponad 3000m n.p.m.. Około 35km non-stop pod górę. Skończyłem 12-ty open i 5-ty w etapówce, co dało też 5-te miejsce w generalce po dwóch dniach. Zwycięzca trasę pokonał z średnią prędkością ponad 20km/h... Mi wyszło ponad 17. Niestety ostatnie kilometry po bardzo zniszczonej drodze, często po pisaku i kamieniach.Na zakończenie dostaliśmy z Dorotką (która w generalce po dwóch dniach była 2-ga) na spółkę statuetkę dla klubu 'mas lejano' :)

Kolejne dni to zwiedzanie Granady (Alhambra, katedra) i parę przejażdżek po okolicy. Odwiedzili nas moi rodzice, więc mieliśmy miłe towarzystwo, dodatkowy doping i kilka fajnych sesji foto.


Powyższe zdjęcia ze strony photodeportes.com [1] i [2]

No i nasze piękne :)

Większa galeria będzie wkrótce.