Showing posts with label almeria. Show all posts
Showing posts with label almeria. Show all posts

Thursday, May 12, 2016

wypatrując słońca

Działo się dużo, ale jakoś nie było weny na nowe wpisy. Kwiecień na dobre rozpoczął sezon kolarski, tak że praktycznie co tydzień gdzieś można było się sprawdzić. Dla mnie zaczęło się bardzo dobrze czasówką w Cartamie, gdzie zabrakło tylko 7 sekund do podium. Potem, niestety, już było gorzej. Trudno powiedzieć dlaczego... W ostatnim tygodniu towarzyszył nam dodatkowo deszcz... Co niezwykłe, było go bardzo dużo, tak że wyścig w Alfarnate, który miał być pierwszym szczytem formy w tym roku, skończył się dla mnie w połowie. Powiedzieć tylko że z 400 osób zgłoszonych wystartowało koło setki, a skończyło niespełna 80...

Naszego honoru broni Dorota, która dzielnie walczy i z każdych zawodów przywozi większe lub mniejsze trofeum. Teraz, gdy roczna terapia została zakończona, powinno być jeszcze lepiej.

Teraz trochę spokojniejszego okresu, ale czerwiec zapowiada się bardzo gorąco. Przyjdzie okazja przetestować się na bardzo wymagających trasach od mistrzostw Andaluzji począwszy, przez 200 kilometrowe zawody La Indomable, aż po Sierra Nevada.

Saturday, March 19, 2016

ruta cicloturista

Ostatnie dni ubiegłorocznych wakacji wykorzystaliśmy na wakacyjny wyjazd odwiedzając różne miejsca w Almerii, regionie Murcia i kończąc w śnieżnym Sierra Nevada. Było żywiołowo zarówno w naszych poczynaniach, jak i w przyrodzie, gdyż Hiszpanię "dotknęła", pewnie ostatnia tej zimy, ola del frio.

Sol

Inaczej być nie mogło, głownie towarzyszyło nam słońce. Można powiedzieć, że nawet aż za bardzo, gdyż ostatni dzień w Sierra Nevada spędziliśmy na nartach niczym beduini okryci od stop do głów, żeby się chronić przed słońcem, które dzień wcześniej spaliło nas konkretnie. Ja teraz zmieniam wężową skórę na twarzy.

Zaczęliśmy od słonecznej Almerii, na chwile tylko chowając się pod ziemie, żeby zobaczyć schrony z czasów wojny domowej. Warto! A szczególnie z przewodnikiem!

Słońce też towarzyszyło nam podczas rowerowych zmagań wyścigowych, o których troszkę więcej na końcu.

Frio

Opuszczając prowincje Almeria, po "przejażdżce" na Alto de Velefique, w poniedziałkowe przedpołudnie dopadła nas wspomniana fala zimna. Zaczęło padać, a gdy dotarliśmy do naszego następnego przystanku, jakim była Caravaca de la Cruz temperatura przez dwa dni oscylowała w okolicach 5 stopni, a w wyższych partiach gór otaczających miasteczko spadło trochę śniegu.

Nie przeszkodziło to nam w eksploracji miasteczka, które jest jednym z najświętszych miejsc chrześcijaństwa z uwagi na relikwie drzazgi z Krzyża Chrystusowego. Udało się też zaliczyć trochę kilometrów między Caravaca a Moratalla.

Agua

Z Caravaci udaliśmy się z powrotem w kierunku morza, spędzając większość dnia w stolicy regionu Murcia. Miasto samo w sobie ładne, ale nie zrobiło na nas takiego wrażenia jak andaluzyjskie stolice.

Pod wieczór dotarliśmy do Mar Menor (Morza Mniejszego), które jest oddzielone od Morza Śródziemnego półwyspem zwanym Manga, czyli rękaw.

Ulokowaliśmy się na 13 pietrze apartamentowca... Widoki super! Samo miejsce jednak jest już idealne dla tych tylko, którzy lubują się w plażowaniu i nie odpycha ich blokowisko usytuowane przy plaży. W lecie zjawia się tam ponoć pół miliona ludzi, żeby korzystać z kąpieli w obu akwenach. Woda w Morzu Mniejszym ponoć dochodzi do 38 stopni.

Viento

Wiatr był dodatkowa "atrakcja" naszego pobytu nad Morzem Mniejszym. Duło tak, że jadąc na rowerze ciężko było poruszać się do przodu, a zawracanie wymagało umiejętności akrobatycznych.

Zapewne wiatr to urok położenia półwyspu, gdyż już w oddalonej o kilkanaście kilometrów Cartagenie, położnej w strategicznej zatocze wykorzystywanej od Fenicjan aż do wojny domowej, panowała cisza.

Sama Cartagena, pomimo ze historycznie doświadczyła wiele, nie rozkochała w sobie od pierwszego wejrzenia. Być może przez to, ze przez pokolenia kolejne budowle były wznoszone na ruinach innych miasto poza kilkoma zakątkami wygląda jakby było zaniedbane.

Cartagena była naszym ostatnim przystankiem w regionie Murcia. Stamtąd udaliśmy się do Nijar, znów do Almerii, żeby wziąć udział w pierwszej edycji Vuelta Cicloturista a Almeria.

Na zakończenie tejże znów towarzyszył nam wiatr, z którym trzeba było się zmagać przez ostatnie 20 kilometrów trzeciego etapu zawodów.


Nieve

Po zawodach, z miejscowości Tabernas pojechaliśmy prosto do Pradollano położonego wysoko w Sierra Nevada. Powyżej 2000 metrów n.p.m. leży całkiem sporo śniegu, tak że otwartych jest nawet więcej tras narciarskich niż pamiętamy z zeszłego roku. Przez dwa dni całkiem zapomnieliśmy o "rzeczywistości" korzystając ze świetnych warunków do jazdy. Było zarówno troszkę roweru, jak i kilkanaście bitych godzin szusowania do stokach Velety.


Bici

Punktami, które wytyczyły nasza trasę były zawody, w których braliśmy udział. W Almerii zaczęliśmy od Ruta del Andarax, gdzie oboje otarliśmy się o podium kończąc na czwartych miejscach.

Wspominana już Vuelta Cicloturista a Almeria składała się z 3 etapów i pozwoliła oprócz pojeżdżenia na wyższych obrotach lepsze poznanie naszej nowej-starej drużyny. Tym razem udało się tez wspiąć na podium, Dorotka wygrała wśród pan, a ja bylem trzeci w masters 30 i siódmy w generalce.

Przyszłoroczna Vuelta może być interesującą propozycją dla miłośników Calpe. Ostatecznie Carboneras, które ugości start edycji 2017, nie jest aż tak daleko.

W sumie oprócz zwiedzania i nart pokonaliśmy około 900 rowerowych kilometrów, w tym około 400 na zawodach.

Zdjęcia z całej wyprawy w galerii.

Tuesday, September 29, 2015

La Calahorra i hiszpańskie Alp d'Huez

"Almeria II" doszła do skutku, tym razem było dużo bardziej intensywnie. Właściwie to almeryjską ziemie bardziej poczuliśmy fizycznie, niż ją podziwialiśmy kulturowo. Wszakże kultury też nie zabrakło. Odcinek taki trzeba przypisać jednak prowincji Granada i miejscowości La Calahorra, gdzie spędziliśmy dwie weekendowe noce.

La Calahorra znana jest głównie z zamku, którego zdjęcia na tle ośnieżonych gór Sierra Nevada można spotkać w wielu miejscach rozsianych wokół tego pasma górskiego. Wydaje się jednak, że mało kto wie, gdzie ów zamek się rzeczywiście znajduje. Łatwo go przeoczyć pędząc autostrada łączącą Almerię i Guadix. Forteca jest jednak unikatowa, a do tego bardzo fotogeniczna. Co dziwne regularne zwiedzanie odbywa się tylko we środy... My mieliśmy szczęście, bo w sobotnie około południe zamek odwiedzała grupa ludzi, którzy przybyli do La Calahorry na wesele. Z zewnątrz budowla wygląda na użytek czysto militarny, w środku jednak znajduje się renesansowych dziedziniec podobny do tego na Wawelu. Zamek jest teraz własnością prywatną, kupiony został przez któregoś z hiszpańskich arystokratów, aby ochronić go przed wywozem do Stanów.

Na niedzielny dzień zaplanowaliśmy start w zawodach ze startem z Gergal w Almerii z trasa po Sierra de las Filabres. Tylko 3 podjazdy, tylko 116 kilometrów, a w tym prawie 3km przewyższenia. Bylo co jechać. Niestety, żeby liczyć się w ścisłej czołówce, trzeba też umieć zjeżdżać jak kamikaze. Trasa okraszona była podjazdem na Alto de Velefique, takie andaluzyjskie Alp d'Huez. Droga niczym waż wije się nawet dłużej niż w wersji francuskiej.

Na zakończenie odbyliśmy krótki spacer po centrum Almerii.

Wednesday, September 23, 2015

Almeria I

Po długiej przerwie w końcu mieliśmy okazje na krotki wypoczynek. Okazja była super, bo urodzinowa. Także i sam wypoczynek, choć bardzo aktywny, udał się wyśmienicie.


Najpierw dwa dni byliśmy w miejscowości Berja u wrót La Alpujarra almeriense w urokliwym hotelu w samym środku miasta. Miasteczko jest małe, wiec można je obejść spokojnie w jeden dzień. Pozostały czas wykorzystaliśmy na eksploracje okolicznych szos. Odwiedziliśmy mi.in. znane już nam Haza del Lino.

W sobotę zawitaliśmy do stolicy prowincji. Centrum Almerii bardzo ładne, choć też bardzo nieduże. Na pewno potrzebują jeszcze czasu, żeby miasto mogło bardziej rozkwitnąć turystycznie. Już samo przejście na Alcazabe lub Murallas de San Cristobal wiąże się z odwiedzeniem mniej "ciekawych" uliczek miasta, a część wykopalisk w samej Alcazabie zostało zasypanych z powrotem z powodu braku funduszy. Mimo wszystko, to co mają do zaoferowania pozwala z całą pewnością polecić taka wyprawę.

W końcu w niedziele, mieliśmy trochę ścigania na Green Tour Koppert. Podczas trzech tramo libre zawitaliśmy ponownie do miasteczka Berja, odwiedziliśmy Mirador del Vicar znany nam z pewnego sylwestra i zakosztowaliśmy szaleńczego sprintu w El Ejido..

Po najbliższym weekendzie będzie "Almeria II" jeśli tylko pokonamy przeciwności ;).