Zostały trzy dni. Nasz następny życiowy przystanek to Málaga. Zobaczymy, tym razem może uda się zapuścić korzenie nieco głębiej...
Na pożegnanie z okolicami Gibraltaru odwiedziliśmy Tarifę i Alto Penas Blancas. Tym razem z wiatrem w plecy. I tak ma być! Na wiatr w plecy liczymy przez kolejne tygodnie. Teraz pakowanie i przeprowadzka. Na razie do centrum Málagi, do firmowego apartamentu, potem do czegoś innego, może swojego.
A ostatnie dni w pracy wykorzystuje na zabawy technologiczne.
Showing posts with label Gibraltar. Show all posts
Showing posts with label Gibraltar. Show all posts
Monday, September 1, 2014
Wednesday, April 23, 2014
Pascua
Ostatnie dwa tygodnie były bardzo zwariowane, ale koniec końców również bardzo pozytywne. W niedzielę palmową miałem swój debiut w Masters 30. Wydawałoby się, że na idealnych zawodach, bo na czasówce pod górę. Jednak na początek była lekcja pokory. Podjazd nie był z kategorii moich ulubionych, bo składał się ze stromych ścianek, króciutkich zjazdów i hopek. Skończyłem gdzieś w środku stawki. Na domiar złego dzień przed zawodami odziedziczyłem katar od mojego Dodeczka, który bronił naszego honoru :) Trzecie miejsce z uśmiechem na ustach i tylko 9 sekund do drugiej pozycji.
Kolejny tydzień to doleczanie się i przygotowania do świątecznego zjazdu rodzinnego. Na Wielkanoc zawitali do nas rodzice z obu stron i moja siostra. Procesja Semana Santa, pieczenie drożdżówek do drugiej w nocy, święconka, wigilia paschalna w Santa Margarita, pescados y mariscos, Gibraltar, deszcz, tęcze, spacery, polskie opowieści w szkole językowej, dużo wina i uśmiechu... Działo się dużo, a na pewno coś pominąłem w tej szybkiej wyliczance. Było miło. Jedni rodzice już są w domu, drudzy pojechali dalej na objazd Portugalii.
P.S. Widok z naszego okna ukradłem siostrze.
Kolejny tydzień to doleczanie się i przygotowania do świątecznego zjazdu rodzinnego. Na Wielkanoc zawitali do nas rodzice z obu stron i moja siostra. Procesja Semana Santa, pieczenie drożdżówek do drugiej w nocy, święconka, wigilia paschalna w Santa Margarita, pescados y mariscos, Gibraltar, deszcz, tęcze, spacery, polskie opowieści w szkole językowej, dużo wina i uśmiechu... Działo się dużo, a na pewno coś pominąłem w tej szybkiej wyliczance. Było miło. Jedni rodzice już są w domu, drudzy pojechali dalej na objazd Portugalii.
P.S. Widok z naszego okna ukradłem siostrze.
Labels:
arco iris,
cronoescalda,
Gibraltar,
masters 30,
semana santa
Thursday, March 13, 2014
patanegra y patacabra - z nóżki na nóżkę, czyli pierwszy rok na Gibraltarze
Dokładnie rok temu autem zapakowanym po dach wyruszaliśmy w nieznane. Szybko, prędzej, wysyłanie rzeczy, pakowanie, ostatni dzień w pracy i pojechaliśmy... Teraz też się pakujemy, ale w zgoła odmiennych nastrojach - jedziemy na krótkie wakacje w Sierra Nevada. Czyli chwila, wciąż tam jesteśmy? Tak się składa, że tak. Trochę daleko, ale poza tym nie mamy na co narzekać. Jeszcze nie wiadomo, co dokładnie przyniesie jutrzejszy dzień, ale pewnie zostaniemy w okolicy jeszcze troszeczkę.
Ten rok minął nam szybko, nowe miejsce, mnóstwo nowych rzeczy, tych materialnych i tych takich nie do końca uchwytnych... Bogactwo kultury, krajobrazów, kuchni, nowy język, przyjaźni ludzie. I słońce. Tak! Wszystko to sprawia, że czas leci bardzo szybko, ale i przyjemnie.
Z nóżki na nóżkę? Patanegra to najlepszy jamon, w którym tutaj bardzo zasmakowaliśmy. Dosłownie czarna noga, bo jest to udziec czarnej świni specjalnie hodowanej na ten cel. Jak w prawdziwej hiszpańskiej rodzinie jamon wisiał u nas na ścianie, a potem z ceremoniałem został rozpieczętowany i skonsumowany. Nie trwało to zakładanych kilku miesięcy, ale trudno było się oprzeć. Patanegra to też nagroda, w postaci jamon oczywiście, którą otrzymałem za zwycięstwo na Alto Penas Blancas. "Nóżka" ta spina więc dużą część tego, co doświadczyliśmy tutaj.

Dla równowagi mamy też drugą nogę - patacabra - nogę kozy. La Patacabra to pierwszy wygrany wyścig na hiszpańskiej ziemi w okolicy, z którą mamy bardzo miłe wspomnienia. W Sierra de Grazalema mój Doduś obchodził 30 urodziny dochodząc do siebie po skoku z samolotu. Kozica, jak i u nas, symbolizuje też góry, a tych tutaj jest pod dostatkiem. Cały czas jeszcze śmieję się z Dorotki, gdy wspominamy jej stare wyobrażenia o Hiszpanii. Plaża, lenistwo i słońce? No nie bardzo.
Rowerowo zatem był to rok bardzo udany. Dorotka po problemach zdrowotnych powróciła do wyśmienitej formy i zaskoczyła pewnie niejedną hiszpańską kozicę. Na półce stoi w sumie z lekka 20 pucharków. W tym roku, jeśli się uda, spróbujemy parę razy bardziej ambitnych startów w licencjonowanych zawodach.
Do pracy tutaj też chyba już przywykliśmy. Mañana rulez. Tak jak wspomniałem nie wiadomo, co będzie jutro, ale na razie na celowniku mamy mistrzostwa świata w Brazylii. Ale na razie trzeba się jechać dotlenić ;)
Hasta luego!
Ten rok minął nam szybko, nowe miejsce, mnóstwo nowych rzeczy, tych materialnych i tych takich nie do końca uchwytnych... Bogactwo kultury, krajobrazów, kuchni, nowy język, przyjaźni ludzie. I słońce. Tak! Wszystko to sprawia, że czas leci bardzo szybko, ale i przyjemnie.
Z nóżki na nóżkę? Patanegra to najlepszy jamon, w którym tutaj bardzo zasmakowaliśmy. Dosłownie czarna noga, bo jest to udziec czarnej świni specjalnie hodowanej na ten cel. Jak w prawdziwej hiszpańskiej rodzinie jamon wisiał u nas na ścianie, a potem z ceremoniałem został rozpieczętowany i skonsumowany. Nie trwało to zakładanych kilku miesięcy, ale trudno było się oprzeć. Patanegra to też nagroda, w postaci jamon oczywiście, którą otrzymałem za zwycięstwo na Alto Penas Blancas. "Nóżka" ta spina więc dużą część tego, co doświadczyliśmy tutaj.

Dla równowagi mamy też drugą nogę - patacabra - nogę kozy. La Patacabra to pierwszy wygrany wyścig na hiszpańskiej ziemi w okolicy, z którą mamy bardzo miłe wspomnienia. W Sierra de Grazalema mój Doduś obchodził 30 urodziny dochodząc do siebie po skoku z samolotu. Kozica, jak i u nas, symbolizuje też góry, a tych tutaj jest pod dostatkiem. Cały czas jeszcze śmieję się z Dorotki, gdy wspominamy jej stare wyobrażenia o Hiszpanii. Plaża, lenistwo i słońce? No nie bardzo.
Rowerowo zatem był to rok bardzo udany. Dorotka po problemach zdrowotnych powróciła do wyśmienitej formy i zaskoczyła pewnie niejedną hiszpańską kozicę. Na półce stoi w sumie z lekka 20 pucharków. W tym roku, jeśli się uda, spróbujemy parę razy bardziej ambitnych startów w licencjonowanych zawodach.
Do pracy tutaj też chyba już przywykliśmy. Mañana rulez. Tak jak wspomniałem nie wiadomo, co będzie jutro, ale na razie na celowniku mamy mistrzostwa świata w Brazylii. Ale na razie trzeba się jechać dotlenić ;)
Hasta luego!
Labels:
Alto Penas Blancas,
Gibraltar,
la patacabra,
mañana,
sierra nevada
Sunday, August 11, 2013
biały ser
Długo nam przyszło szukać, ale w końcu znaleźliśmy :P Biały ser i kasza gryczana. Tutaj to rarytasy. Szczęśliwie wygląda na to, że za wschodnią granicą też takie rzeczy spożywają, bo nasze zakupy są olabelowane cyrylicą.
Ale tak naprawdę, mając do wyboru jamona, owczy ser i chlebek z oliwą w towarzystwie czerwonego wina jakoś ten biały wcale tak szybko nie poszedł. Bo właśnie otworzyliśmy wygranego w Esteponie jamona i stwierdziliśmy, że jak to skończymy trzeba będzie samemu zakupić, bo dobre to :)
Teraz co weekend wybieramy się na rowerowe zwiedzanie okolic. Ostatnio kręcimy się między Marbella a Rondą i podziwiamy hiszpański kryzys. Istan, Sierra de las Nieves, Ojen - góry, wąwozy, jeziorka, morze - pięknie. Trasy też do wyboru do koloru. Strome, krótkie hopki, długie, nawet około 30 kilometrowe, podjazdy, szybkie zjazdy trawersami, no i nawet trochę płaskiego.
No i zrobiło się ciepło. We czwartek, gdy wracaliśmy z pracy na zegarze było 41... Morskie powietrze pozwala jednak całkiem swobodnie oddychać, tylko przechadzki po piaszczystej plaży bez butów są praktycznie nie możliwe :)
Dzisiaj w końcu udało się zaliczyć "top of the rock" w iście tropikalnych warunkach. Stromo.
Ale tak naprawdę, mając do wyboru jamona, owczy ser i chlebek z oliwą w towarzystwie czerwonego wina jakoś ten biały wcale tak szybko nie poszedł. Bo właśnie otworzyliśmy wygranego w Esteponie jamona i stwierdziliśmy, że jak to skończymy trzeba będzie samemu zakupić, bo dobre to :)
Teraz co weekend wybieramy się na rowerowe zwiedzanie okolic. Ostatnio kręcimy się między Marbella a Rondą i podziwiamy hiszpański kryzys. Istan, Sierra de las Nieves, Ojen - góry, wąwozy, jeziorka, morze - pięknie. Trasy też do wyboru do koloru. Strome, krótkie hopki, długie, nawet około 30 kilometrowe, podjazdy, szybkie zjazdy trawersami, no i nawet trochę płaskiego.No i zrobiło się ciepło. We czwartek, gdy wracaliśmy z pracy na zegarze było 41... Morskie powietrze pozwala jednak całkiem swobodnie oddychać, tylko przechadzki po piaszczystej plaży bez butów są praktycznie nie możliwe :)
Dzisiaj w końcu udało się zaliczyć "top of the rock" w iście tropikalnych warunkach. Stromo.
Labels:
Gibraltar,
Marbella,
Ojen,
ronda,
sierra de las Nieves
Tuesday, March 26, 2013
semana santa
Tym razem wszystko pędzi szybko. Po wycieczce na Gibraltar w lutym sprawy nabrały niezłego rozpędu i wszystko potoczyło się w mgnieniu oka. Zamiast ponownie wziąć szablę w dłoń wylądowałem u gentlemana zajmującego się zakładami ;)
Wylądowałem to może nie właściwe słowo, bo odbyliśmy całkiem długą podróż samochodem. W sumie o wiele dłuższej w Europie się nie da... Prawie trzy i pół tysiąca kilometrów podzielone na 4 etapy. Najpierw króciutki do Nysy, ale poprzedzony pakowaniem samochodu, wysyłaniem paczek i jeszcze ostatnim dniem w pracy Dorotki. Po siedemnastej opuściliśmy zamglony Kraków zapakowani po dach. Trochę było obaw czy uda nam się umknąć przed zimą na letnich oponach, zimowych do Hiszpanii nie było sensu zabierać. Szczęśliwie zdążyliśmy przed śniegiem, który zaatakował dzień później.
Drugi przystanek mieliśmy w Heidelbergu u cioci Dorotki. Kolacja, szybki, wieczorny spacer po mieście, oglądanie zdjęć - nie było czuć zmęczenia podróżą. Na kolejny dzień mieliśmy zaplanowany najdłuższy etap. Niemcy, cała Francja i nocleg pod Gironą. Wszystko zgodnie z planem, nawet korki spowodowane wypadkami udawało się nam omijać. Prowansja zieleni się już pięknie wiosną, w oddali było widać Mount Ventoux. Po zmroku dotarliśmy do hotelu.
Rano mieliśmy hotelowe śniadanie i rozpoczęliśmy ostatni etap. Chyba najtrudniejszy. W sumie GPS pokazał, że mamy więcej do przejechania niż poprzedniego dnia, ale po małych optymalizacjach wyszło troszkę mniej, ale nadal było około 1150 kilometrów. Zmieniając się za kółkiem szło gładko, cały czas autostrady... No właśnie. Te hiszpańskie nas bardzo zdziwiły. Okazało się, że polskie karty kredytowe nie są akceptowane, a gdy przyszło zapłacić coś koło 35 euro to nie mieliśmy tyle gotówki. Było cofanie, lekka nerwówka, ale koniec końców udało się zapłacić dolarami. Potem jeszcze w okolicach Granady mocno się rozpadało, więc trzeba było odrobinkę zwolnić, ale widoczki wynagradzały zmęczenie podróżą. Koło 21 dotarliśmy do Santa Margarity, jeszcze chwila czekania na zarządce aparthotelu i mamy klucze. Uff... Jesteśmy na miejscu.
Pierwszy apartament nie był szczytem marzeń. Właściwie to widok z niego nie był taki, bo wszystkie apartamenty są identyczne. Udało nam się przenieść jeden obok i z okien mamy teraz widok na morze i wstające rano słońce :)
Minął pierwszy tydzień. Przyjechały bagaże. W pracy w porządku, multikulturowo i od razu jest coś do robienia, nie ma długich korporacyjnych procedur. Ludzie pomocni i otwarci. Udało się kilka razy wyjść na rower. Tereny są super. Na razie jeszcze pogoda nie rozpieszcza, dość często pada, choć jest cieplutko. Teraz mamy semana santa - święty tydzień, więc jest okazja żeby zobaczyć jak Wielkanoc jest obchodzona w Hiszpanii. Msza była jak mecz piłkarski :P
Wylądowałem to może nie właściwe słowo, bo odbyliśmy całkiem długą podróż samochodem. W sumie o wiele dłuższej w Europie się nie da... Prawie trzy i pół tysiąca kilometrów podzielone na 4 etapy. Najpierw króciutki do Nysy, ale poprzedzony pakowaniem samochodu, wysyłaniem paczek i jeszcze ostatnim dniem w pracy Dorotki. Po siedemnastej opuściliśmy zamglony Kraków zapakowani po dach. Trochę było obaw czy uda nam się umknąć przed zimą na letnich oponach, zimowych do Hiszpanii nie było sensu zabierać. Szczęśliwie zdążyliśmy przed śniegiem, który zaatakował dzień później.
Drugi przystanek mieliśmy w Heidelbergu u cioci Dorotki. Kolacja, szybki, wieczorny spacer po mieście, oglądanie zdjęć - nie było czuć zmęczenia podróżą. Na kolejny dzień mieliśmy zaplanowany najdłuższy etap. Niemcy, cała Francja i nocleg pod Gironą. Wszystko zgodnie z planem, nawet korki spowodowane wypadkami udawało się nam omijać. Prowansja zieleni się już pięknie wiosną, w oddali było widać Mount Ventoux. Po zmroku dotarliśmy do hotelu.
Rano mieliśmy hotelowe śniadanie i rozpoczęliśmy ostatni etap. Chyba najtrudniejszy. W sumie GPS pokazał, że mamy więcej do przejechania niż poprzedniego dnia, ale po małych optymalizacjach wyszło troszkę mniej, ale nadal było około 1150 kilometrów. Zmieniając się za kółkiem szło gładko, cały czas autostrady... No właśnie. Te hiszpańskie nas bardzo zdziwiły. Okazało się, że polskie karty kredytowe nie są akceptowane, a gdy przyszło zapłacić coś koło 35 euro to nie mieliśmy tyle gotówki. Było cofanie, lekka nerwówka, ale koniec końców udało się zapłacić dolarami. Potem jeszcze w okolicach Granady mocno się rozpadało, więc trzeba było odrobinkę zwolnić, ale widoczki wynagradzały zmęczenie podróżą. Koło 21 dotarliśmy do Santa Margarity, jeszcze chwila czekania na zarządce aparthotelu i mamy klucze. Uff... Jesteśmy na miejscu.
Pierwszy apartament nie był szczytem marzeń. Właściwie to widok z niego nie był taki, bo wszystkie apartamenty są identyczne. Udało nam się przenieść jeden obok i z okien mamy teraz widok na morze i wstające rano słońce :)
Minął pierwszy tydzień. Przyjechały bagaże. W pracy w porządku, multikulturowo i od razu jest coś do robienia, nie ma długich korporacyjnych procedur. Ludzie pomocni i otwarci. Udało się kilka razy wyjść na rower. Tereny są super. Na razie jeszcze pogoda nie rozpieszcza, dość często pada, choć jest cieplutko. Teraz mamy semana santa - święty tydzień, więc jest okazja żeby zobaczyć jak Wielkanoc jest obchodzona w Hiszpanii. Msza była jak mecz piłkarski :P
Tuesday, March 5, 2013
skała.gi
To już pewne. Przynajmniej na rok jedziemy próbować innego chleba. Gibraltarskiego.
W zeszłym tygodniu miałem ostateczne rozmowy na miejscu, no i koniec końców postanowiliśmy spróbować. Najważniejsze, że we dwoje.
Luksusy bycia bezrobotnym przez jakiś czas pozwalają na załatwianie wszystkiego na miejscu jeszcze w Krakowie i już na układanie rzeczy tam daleko w Hiszpanii.
Także, w tym roku może zdobędziemy jakieś szczyty i przełęcze Sierra Nevada, które widać gdzieś tam daleko, ośnieżone na miejscu.
BTW, zapotrzebowanie na specjalistów jest spore, więc jakby ktoś rozważał różne ciekawe opcje może się odezwać.
W zeszłym tygodniu miałem ostateczne rozmowy na miejscu, no i koniec końców postanowiliśmy spróbować. Najważniejsze, że we dwoje.
Luksusy bycia bezrobotnym przez jakiś czas pozwalają na załatwianie wszystkiego na miejscu jeszcze w Krakowie i już na układanie rzeczy tam daleko w Hiszpanii.
Także, w tym roku może zdobędziemy jakieś szczyty i przełęcze Sierra Nevada, które widać gdzieś tam daleko, ośnieżone na miejscu.
BTW, zapotrzebowanie na specjalistów jest spore, więc jakby ktoś rozważał różne ciekawe opcje może się odezwać.
Subscribe to:
Posts (Atom)






