Showing posts with label sabica. Show all posts
Showing posts with label sabica. Show all posts

Wednesday, July 2, 2014

na dachu europy

Zastanawiam się, jaki tytuł powinienem dać naszej kolejnej eskapadzie w Sierra Nevada. Po raz kolejny brakuje słów, żeby opisać wszystko... Tym razem najbardziej zapadły mi chyba w pamięci mega-długaśne zachody słońca. Okna naszego apartamentu były wycelowane na północ i jeszcze długo po faktycznym zachodzie słońca można było obserwować kurczący się dzień, gdzieś tam - daleko.

Celem naszego wyjazdu były zawody Sierra Nevada Limite. W tym roku pojawiła się dodatkowa opcja katorżniczej 180 kilometrowej trasy do pokonania w sobotę. Trzeba było spróbować :) Zaczęło się od pecha, bo zaraz po ostrym starcie spada mi łańcuch i muszę się zatrzymać, żeby go założyć ręcznie. Także na początek gonitwa do góry. Za szybko... Czołówka, która i tak była poza zasięgiem, odjechała, a po dojściu do grupki dla mnie odpadłem z niej na najbardziej stromym fragmencie. Potem trochę samotności, druga grupka i po jakimś czasie jest i większy peleton, a przed nami z 10 minut z przodu jeden zawodowiec. 180 km i pod 5 km w pionie przy granadyjskim słońcu to nie przelewki. Ostatni podjazd, jakieś 30 km do mety, zaczynam na skurczach i tak już do końca - walka o przetrwanie. I tak wyszło nieźle, bo docieram 8-my open i 3-ci wśród szaleńców atakujących oba dni zawodów.  Dorotka pokazała siłę i zwyciężyła open wśród pań i była 54-ta w ogóle na krótszym dystansie, tylko 90 km i dobrze ponad 3 km w pionie... 

Drugi dzień to dla wszystkich wjazd na Veletę. Start ostry z Pinos Genil i już praktycznie cały czas, 30 km tylko do góry. Z powodu wiatru meta była trochę niżej niż rok temu na ok. 2650m n.p.m., więc część trasy w stylu off-road liczyła niecałe 3 km. Całe szczęście. Mi jechało się nadspodziewanie dobrze, mimo odczuwalnego "betonu" w udach wjechałem 6-ty open i 2-gi wśród "tytanów". Cały czas równo i bez zrywów. Nie udało się co prawda odrobić całej straty do drugiego miejsca w dwudniówce, ale było dobrze. Dorotka trochę zawiedziona, bo nie wygrała ponownie open wśród pań :) Była 3-cia. Ale w dwuetapówce przewagę nad drugą dziewczyną miała większą niż zawodowiec, który wygrał na moim dystansie "titanium". W ramach atrakcji można było zjechać z rowerem na dół kolejką zamiast jechać po kamieniach..

W Pradollano zostaliśmy jeszcze 2 dni. Trochę pojeździliśmy, trochę pospacerowaliśmy. Zaliczyliśmy podjazd na Haza Llanas, gdzie Horner wygrywał niedawno Vueltę. Stromo :) W drodze powrotnej zrobiliśmy postój w miejscowości Salobreña. Już klika razy podziwialiśmy z autostrady zamek usytuowany nad urwiskiem, więc tym razem w końcu postanowiliśmy zwiedzić miasteczko.