Ostatnio doświadczaliśmy wiele wzlotów i upadków. Pomysł na dom, który teraz jeszcze musi stać się prawdziwym domem, był na granicy całkowitego porzucenia. Ile może zmienić wydająca się nic nieznacząca wyprowadzka poprzednich właścicieli? Dużo. Ale to już za nami. Przed nami jeszcze ogrom pracy, żeby poczuć się jak w domu. Ogrom przede wszystkim mentalny.
Doprowadzenie wszystkich urzędowych spraw do końca to też nie lada gratka. Podatki, druczki, rejestry, niekompetencja bankowców... ale, chyba zostało tylko odebrać podstemplowana umowę notarialna.
W pracy mam teraz chyba jeden z najgorzej zarządzanych projektów jakie w życiu widziałem. Wykonaną pracą mogliśmy już obsłużyć co najmniej kilka aplikacji.
Z czterech wyścigów jakie miałem zaliczyć w ostatnim czasie w zasadzie udał się tylko jeden. Wyścig na La Reina przeniesiono na lipiec, potem spóźniliśmy się na wielkanocna czasówkę w Cartamie... W końcu z ostatniego weekendu, który miał być wypełniony wyścigowym relaksem, w sobotę udało się wystartować w maratonie w La Zubia pod Granada z finiszem na Cumbres Verdes, ale za to już niedzielna La Patacabra została przerwana w połowie z powodu niedociągnięć organizacyjnych...
Trzeba patrzeć w przyszłość. Przynajmniej widoki mamy świetlane.
Showing posts with label la patacabra. Show all posts
Showing posts with label la patacabra. Show all posts
Friday, April 24, 2015
Friday, June 13, 2014
sin medallas, sin patas
Anulowali mój najlepszy wyścig z ubiegłego roku. La Patacabra, która miała odbyć się jutro nie otrzymała potrzebnych zgód z najróżniejszych urzędów. Okazji do zdobycia "czarnej nogi", podobnej jak w tamtym roku, też na razie nie będzie... Ale nic to. Jutro trzeba będzie samemu się pomęczyć, żeby poczuć ból przed epicką trasą w Sierra Nevada zaplanowaną na ten rok.
W zeszły weekend braliśmy udział w mistrzostwach Andaluzji, które odbyły się w miejscowości Olvera. Czasówka - niecałe 13 km i ponad 300 m przewyższenia. W końcu wystartowałem w pełnym rynsztunku czasowym, choć długo się nad tym zastanawiałem. W końcu! Po raz pierwszy :)
Jak na dyspozycje dnia i umiejętności zjazdowe na rowerze czasowym wynik dobry. 3 miejsce w Masters 30 z kilkunastu sekundową startą d o zwycięzcy. Do najlepszego z elity niecałe 2 minuty. Było OK. Dorotka druga wśród pań. Na dekoracji trochę zgrzyt, bo Dorotce dali, a potem zabrali medal, bo niby nie ma licencji andaluzyjskiej, choć de facto taką właśnie mamy...
Sobota to start wspólny. Dla mnie 6 ciężkich pętli wokół Olvery, niecałe 70 km i około 1700 m przewyższenia z średnią lekko ponad 40 km/h. Udało się przejechać w grupie, choć do końca dojechała około połowa stawki. Dorotka ponownie druga wśród pań. Wkrótce będzie więcej zdjęć, już prawie udało nam się ożywić nasz komputer.
Dzisiaj jeszcze mały zawodowy sukces. Udało się zdać egzamin Enterpise Integration with Spring.
W zeszły weekend braliśmy udział w mistrzostwach Andaluzji, które odbyły się w miejscowości Olvera. Czasówka - niecałe 13 km i ponad 300 m przewyższenia. W końcu wystartowałem w pełnym rynsztunku czasowym, choć długo się nad tym zastanawiałem. W końcu! Po raz pierwszy :)
Jak na dyspozycje dnia i umiejętności zjazdowe na rowerze czasowym wynik dobry. 3 miejsce w Masters 30 z kilkunastu sekundową startą d o zwycięzcy. Do najlepszego z elity niecałe 2 minuty. Było OK. Dorotka druga wśród pań. Na dekoracji trochę zgrzyt, bo Dorotce dali, a potem zabrali medal, bo niby nie ma licencji andaluzyjskiej, choć de facto taką właśnie mamy...
Sobota to start wspólny. Dla mnie 6 ciężkich pętli wokół Olvery, niecałe 70 km i około 1700 m przewyższenia z średnią lekko ponad 40 km/h. Udało się przejechać w grupie, choć do końca dojechała około połowa stawki. Dorotka ponownie druga wśród pań. Wkrótce będzie więcej zdjęć, już prawie udało nam się ożywić nasz komputer.
Dzisiaj jeszcze mały zawodowy sukces. Udało się zdać egzamin Enterpise Integration with Spring.
Labels:
campeonato de andalucia,
la patacabra,
Olvera,
spring
Thursday, March 13, 2014
patanegra y patacabra - z nóżki na nóżkę, czyli pierwszy rok na Gibraltarze
Dokładnie rok temu autem zapakowanym po dach wyruszaliśmy w nieznane. Szybko, prędzej, wysyłanie rzeczy, pakowanie, ostatni dzień w pracy i pojechaliśmy... Teraz też się pakujemy, ale w zgoła odmiennych nastrojach - jedziemy na krótkie wakacje w Sierra Nevada. Czyli chwila, wciąż tam jesteśmy? Tak się składa, że tak. Trochę daleko, ale poza tym nie mamy na co narzekać. Jeszcze nie wiadomo, co dokładnie przyniesie jutrzejszy dzień, ale pewnie zostaniemy w okolicy jeszcze troszeczkę.
Ten rok minął nam szybko, nowe miejsce, mnóstwo nowych rzeczy, tych materialnych i tych takich nie do końca uchwytnych... Bogactwo kultury, krajobrazów, kuchni, nowy język, przyjaźni ludzie. I słońce. Tak! Wszystko to sprawia, że czas leci bardzo szybko, ale i przyjemnie.
Z nóżki na nóżkę? Patanegra to najlepszy jamon, w którym tutaj bardzo zasmakowaliśmy. Dosłownie czarna noga, bo jest to udziec czarnej świni specjalnie hodowanej na ten cel. Jak w prawdziwej hiszpańskiej rodzinie jamon wisiał u nas na ścianie, a potem z ceremoniałem został rozpieczętowany i skonsumowany. Nie trwało to zakładanych kilku miesięcy, ale trudno było się oprzeć. Patanegra to też nagroda, w postaci jamon oczywiście, którą otrzymałem za zwycięstwo na Alto Penas Blancas. "Nóżka" ta spina więc dużą część tego, co doświadczyliśmy tutaj.

Dla równowagi mamy też drugą nogę - patacabra - nogę kozy. La Patacabra to pierwszy wygrany wyścig na hiszpańskiej ziemi w okolicy, z którą mamy bardzo miłe wspomnienia. W Sierra de Grazalema mój Doduś obchodził 30 urodziny dochodząc do siebie po skoku z samolotu. Kozica, jak i u nas, symbolizuje też góry, a tych tutaj jest pod dostatkiem. Cały czas jeszcze śmieję się z Dorotki, gdy wspominamy jej stare wyobrażenia o Hiszpanii. Plaża, lenistwo i słońce? No nie bardzo.
Rowerowo zatem był to rok bardzo udany. Dorotka po problemach zdrowotnych powróciła do wyśmienitej formy i zaskoczyła pewnie niejedną hiszpańską kozicę. Na półce stoi w sumie z lekka 20 pucharków. W tym roku, jeśli się uda, spróbujemy parę razy bardziej ambitnych startów w licencjonowanych zawodach.
Do pracy tutaj też chyba już przywykliśmy. Mañana rulez. Tak jak wspomniałem nie wiadomo, co będzie jutro, ale na razie na celowniku mamy mistrzostwa świata w Brazylii. Ale na razie trzeba się jechać dotlenić ;)
Hasta luego!
Ten rok minął nam szybko, nowe miejsce, mnóstwo nowych rzeczy, tych materialnych i tych takich nie do końca uchwytnych... Bogactwo kultury, krajobrazów, kuchni, nowy język, przyjaźni ludzie. I słońce. Tak! Wszystko to sprawia, że czas leci bardzo szybko, ale i przyjemnie.
Z nóżki na nóżkę? Patanegra to najlepszy jamon, w którym tutaj bardzo zasmakowaliśmy. Dosłownie czarna noga, bo jest to udziec czarnej świni specjalnie hodowanej na ten cel. Jak w prawdziwej hiszpańskiej rodzinie jamon wisiał u nas na ścianie, a potem z ceremoniałem został rozpieczętowany i skonsumowany. Nie trwało to zakładanych kilku miesięcy, ale trudno było się oprzeć. Patanegra to też nagroda, w postaci jamon oczywiście, którą otrzymałem za zwycięstwo na Alto Penas Blancas. "Nóżka" ta spina więc dużą część tego, co doświadczyliśmy tutaj.

Dla równowagi mamy też drugą nogę - patacabra - nogę kozy. La Patacabra to pierwszy wygrany wyścig na hiszpańskiej ziemi w okolicy, z którą mamy bardzo miłe wspomnienia. W Sierra de Grazalema mój Doduś obchodził 30 urodziny dochodząc do siebie po skoku z samolotu. Kozica, jak i u nas, symbolizuje też góry, a tych tutaj jest pod dostatkiem. Cały czas jeszcze śmieję się z Dorotki, gdy wspominamy jej stare wyobrażenia o Hiszpanii. Plaża, lenistwo i słońce? No nie bardzo.
Rowerowo zatem był to rok bardzo udany. Dorotka po problemach zdrowotnych powróciła do wyśmienitej formy i zaskoczyła pewnie niejedną hiszpańską kozicę. Na półce stoi w sumie z lekka 20 pucharków. W tym roku, jeśli się uda, spróbujemy parę razy bardziej ambitnych startów w licencjonowanych zawodach.
Do pracy tutaj też chyba już przywykliśmy. Mañana rulez. Tak jak wspomniałem nie wiadomo, co będzie jutro, ale na razie na celowniku mamy mistrzostwa świata w Brazylii. Ale na razie trzeba się jechać dotlenić ;)
Hasta luego!
Labels:
Alto Penas Blancas,
Gibraltar,
la patacabra,
mañana,
sierra nevada
Wednesday, May 29, 2013
kozia noga
Wpisowe... Dojazdy... Sprzęt... Pobudki... Poczuć się jak na etapie wielkiego touru - bezcenne. W sumie tyle wystarczyłoby na podsumowanie sobotnich zawodów "La Patacabra".
Rozszyfrowując słówko patacabra doszliśmy do wniosku, że znaczy ono ni mniej ni więcej - kozia noga :) Zapewne odnosi się to do górskiego charakteru trasy ze startem w miejscowości Ubrique. W sumie na niespełna 170 kilometrach było ponad 3 km w górę, ale tak naprawdę większość tego przewyższenia budowała się w pierwszej części trasy, gdzie była zlokalizowana premia na przełęczy Los Palomas.
Podobnie jak w Alfarnate spokojny start wspólny, cały, pierwszy, długi podjazd całym peletonem. I tak aż do miejscowości Zahara, w której zaczynała się 12 kilometrowa wspinaczka na premię. Tym razem byłem przygotowany i zawczasu miałem zapięty mały blacik ;) Chłopaki ruszyły bardzo ostro do przodu, początkowy kilometr na maksa, koło 30 km/h pod górę. Niektórzy wyglądali na rasowych górali, długie, smukłe sylwetki... ja wyglądałem przy nich na tłuścioszka ;P Jednak wyszło tak, że gdy na zmianę wyszedł mi Rodolfo, z którym potem przejechałem większość trasy, nikogo już za nami nie było. Na szczyt dotarłem sam z kilkudziesięcioma metrami przewagi.
Potem długie zjazdy i druga już mniej górska część trasy. Dla mnie trudniejsza... Dużo długich hopek, zmienność rytmu, wiatr, słońce. Dla mojego towarzysza też nie było lekko, bo na około 40 km przed metą zostałem sam. Ostatnią część trasy pokonywałem już treningowo w przeciwnym kierunku i wtedy wydawało się, że to łatwy teren. Jednak zmęczenie i skurcze bardzo dawały się we znaki i ponowne wdrapanie się nad Ubrique było naprawdę ciężkie. Ostatnie 10km już w dół do miasta. Nie dogonili mnie... Wygrałem :)
Jadąc cały czas z przodu czułem się, jak na wielkim tourze. Cały czas z przodu wóz organizatora i policja. Ostatnie 30 kilometrów jechałam praktycznie otoczony przez motory policyjne i te organizatorów, z których robiono zdjęcia - mam prawdziwą sesję. Na koniec jeszcze wywiad dla lokalnego radio... Nawet znaleziono tłumacza, bo ja po hiszpańsku to jeszcze słabiutko. Zewsząd szczere gratulacje, nie ma takiego poczucia zawiści jak często zdarza się u nas. A pyszna pealla, piwko i dekoracje zwieńczyły ten niesamowity dla mnie dzień.
W najbliższy weekend jeden z większych evetnów w okolicy. La Sufrida, czyli cierpienie. W bardzo podobnych okolicach, też z premią na Los Palomas. Zobaczymy jak wyjdzie porównanie.
Rozszyfrowując słówko patacabra doszliśmy do wniosku, że znaczy ono ni mniej ni więcej - kozia noga :) Zapewne odnosi się to do górskiego charakteru trasy ze startem w miejscowości Ubrique. W sumie na niespełna 170 kilometrach było ponad 3 km w górę, ale tak naprawdę większość tego przewyższenia budowała się w pierwszej części trasy, gdzie była zlokalizowana premia na przełęczy Los Palomas.
Podobnie jak w Alfarnate spokojny start wspólny, cały, pierwszy, długi podjazd całym peletonem. I tak aż do miejscowości Zahara, w której zaczynała się 12 kilometrowa wspinaczka na premię. Tym razem byłem przygotowany i zawczasu miałem zapięty mały blacik ;) Chłopaki ruszyły bardzo ostro do przodu, początkowy kilometr na maksa, koło 30 km/h pod górę. Niektórzy wyglądali na rasowych górali, długie, smukłe sylwetki... ja wyglądałem przy nich na tłuścioszka ;P Jednak wyszło tak, że gdy na zmianę wyszedł mi Rodolfo, z którym potem przejechałem większość trasy, nikogo już za nami nie było. Na szczyt dotarłem sam z kilkudziesięcioma metrami przewagi.
Potem długie zjazdy i druga już mniej górska część trasy. Dla mnie trudniejsza... Dużo długich hopek, zmienność rytmu, wiatr, słońce. Dla mojego towarzysza też nie było lekko, bo na około 40 km przed metą zostałem sam. Ostatnią część trasy pokonywałem już treningowo w przeciwnym kierunku i wtedy wydawało się, że to łatwy teren. Jednak zmęczenie i skurcze bardzo dawały się we znaki i ponowne wdrapanie się nad Ubrique było naprawdę ciężkie. Ostatnie 10km już w dół do miasta. Nie dogonili mnie... Wygrałem :)
Jadąc cały czas z przodu czułem się, jak na wielkim tourze. Cały czas z przodu wóz organizatora i policja. Ostatnie 30 kilometrów jechałam praktycznie otoczony przez motory policyjne i te organizatorów, z których robiono zdjęcia - mam prawdziwą sesję. Na koniec jeszcze wywiad dla lokalnego radio... Nawet znaleziono tłumacza, bo ja po hiszpańsku to jeszcze słabiutko. Zewsząd szczere gratulacje, nie ma takiego poczucia zawiści jak często zdarza się u nas. A pyszna pealla, piwko i dekoracje zwieńczyły ten niesamowity dla mnie dzień.
W najbliższy weekend jeden z większych evetnów w okolicy. La Sufrida, czyli cierpienie. W bardzo podobnych okolicach, też z premią na Los Palomas. Zobaczymy jak wyjdzie porównanie.
Subscribe to:
Posts (Atom)

