Friday, July 14, 2017

como sube esta chica

Krótki okres, gdy upały przerywają,a przynajmniej limitują, na chwilę sezon wyścigowy na południu Hiszpanii wykorzystaliśmy na dosłowne oderwanie się od rzeczywistości i spędziliśmy 3 dni wędrując po Sierra Nevada.

Piątkowym popołudniem wystartowaliśmy z miejscowości Capileira, żeby koło godziny 23, już przy świecącym księżycu, dojść do schroniska La Caldera. Tym razem już pierwszej nocy nie byliśmy sami i była to ciężka noc... Chrapania z każdego kąta i ewakuacja większości ludzi około 4.30 nad ranem...

Dopiero ostatnie godziny przed świtem udało się jakoś bardziej zmrużyć oko. Po śniadaniu zostawiliśmy sporo rzeczy w schronisku i ruszyliśmy z zamiarem wejścia na Alcazabę i Mulhacen według tracka, który nie prowadził głównymi szlakami.

Trochę ponad 600 metrów w pionie na Alcazabę zajęło nam ponad 2 godziny... Było trochę wspinaczki, dużo ześlizgiwania się i szukania odpowiedniej drogi. Na Mulhacen poszliśmy już standardową trasą schodząc najpierw do dolinki siedmiu jeziorek.

Szczęśliwie kolejna noc, pomimo nawet więcej niż pełnej obsady schroniska, upłynęła dużo spokojniej i udało się bardziej wypocząć. W niedzielny poranek ruszyliśmy jeszcze raz na Mulhacena, wyprzedzając po drodze kogo tylko się dało. Doduś budził niemały podziw torując drogę z dodatkowo pełnym bagażem na plecach.

Z Mulhacena z powrotem do Capileiry każda godzina była co raz trudniejsza. Jednak brak wprawy piechura daje szybko o sobie znać. Kolejne dwa dni ledwo mogłem chodzić. Ale w końcu wyszło nam prawie 50 kilometrów w 3 dni, no... w niecałe 48 godzin.

Saturday, May 6, 2017

wiosenne klasyki

Jeszcze nie tak dawno dopiero rozkręcałby się sezon, a teraz jesteśmy już po jego pierwszej części. Andaluzyjskie słońce pozwala na zaliczenie prawdziwej wiosennej kampanii. Za mną już 12 startów, w tym 2 etapówki - Vuetla Costa Tropcial i Vuelta Almeria. Moje wyniki na razie pozostawiają dużo do życzenia, choć z tygodnia na tydzień było lepiej i skończyłem pierwszym podium w tym roku na czasówce w Castell del Ferro.

Z momentów, które na długo zostaną w pamięci były zawody Gran Fondo Guad al Xenil, gdzie ścigaliśmy się w towarzystwie Emmy Pooley. 160 km i 3500m w pionie z mnóstwem ścianek. Na ostatnich 10 km jechałem już tylko, żeby jakoś dojechać zwalczając skurcze... a tu nagle dogania mnie dziewczyna. Dodało mi to przynajmniej motywacji i trochę po zmianach dojechaliśmy razem do mety wyprzedzając jeszcze parę trupów po drodze. Mina wyprzedzanych (nadal była to czołowa 20 open) nie do opisania :)

Tydzień temu byliśmy piechotą na Pico de Torecilla, a w ten weekend "odpoczywamy" w Sierra Nevada. Powinno udać się wejść na Veletę po raz drugi w tym roku, tym razem już prawie bez śniegu.

Friday, December 23, 2016

cazadores del pavo

W związku z tym, że mój Doduś zabiera mi wszystkie tematy nie mam się co rozpisywać :P, więc tylko krótkie podsumowanie przedświątecznych wydarzeń.

Tradycja wyścigów o indyka przypadała nam bardzo do gustu i w tym roku też nie omieszkaliśmy zaliczyć tylu ile się tylko dało. Niestety, pogoda nie była łaskawa. Na zawody w Moron nie udało nam się dojechać, a nawet dobrze wyjechać z domu - odwiedził nas temporal i mieliśmy mała powódź.

Później już było ciut lepiej. Doduś sam był w Los Barrios na starych śmieciach i przywiózł z powrotem pierwszego dorodnego indyka. Ja oszczędzałem na jakiś dodatkowy dzień urlopu.

Kolejne zawody w Marbelli, na głównej ulicy miasta przy sztucznym, świątecznym świetle miały swój urok. Doduś ponownie wygrywa wśród pań  i mamy kolejnego indyka :). Ja zaliczyłem dobry trening - 40 km w lekko ponad godzinkę.

Na deser zostały zawody z metą na podjeździe do miejscowości Competa. Znów pogoda dała trochę w kość, bo mżyło przez pierwsza część zawodów. dorotka tym razem odpuściła, dając się wykazać innym, a ja próbowałem sił na "sprinterskim" podjeździe. skończyło się na trzecim miejscu w masters 30 i 10-tym open.

W tym tygodniu prawie relaks :) Dwa dni w Sierra Nevada na pełnym etacie, z krótką przerwą na obiad, na nartach.

Wesołych Świąt!

Tuesday, October 18, 2016

Nepal

Relacja, przynajmniej częściowo, była pisana na bieżąco, wieczorami, zanim położyliśmy się spać. Pisaliśmy na zmianę, więc narracja będzie dwuosobowa.

W nieznane

W podróż wyruszyliśmy jeszcze przed ostatnim dniem pracy. Niemożliwe? Wczesnym środowym rankiem Dorotka zawiozła mnie do pracy w centrum Malagi razem z całym naszym bagażem. Ponieważ wówczas tymczasowo pracowałem koło dworca Maria Zembrano składało się jak ulał. Po pracy, koło 15-tej, dołączyła do mnie Dorotka i ruszyliśmy we właściwą podróż. Pociągiem do Madrytu, kolejką podmiejską na lotnisko Barajas, lotem Emirates do Dubaju i, w końcu, Flydubai do Katmandu. Na miejsce dotarliśmy we czwartek o 18-tj lokalnego czasu, więc biorąc pod uwagę 4 godziny stracone przez zmianę stref czasowych nie było źle. Z lotniska do hotelu zabrał nas nasz przyszły przewodnik. Pierwsza rzecz uderzająca w Nepalu to to, że mają lewostronny ruch.

Kathmandu

Na pierwszy pełny dzień pobytu w Nepalu mieliśmy zaplanowane zwiedzanie miasta. Po śniadaniu i ustalaniu szczegółów naszego pobytu z Gangą z Nepal Hiking Team wraz z pewną Chinką, która również przyjechała na treking, odwiedziliśmy najważniejsze zabytki Kathmandu.

Zaczęliśmy od buddyjskiej świątyni zwanej "monkey temple" z uwagi na multum małp zamieszkujących wzgórze, na którym położona jest świątynia. Według legendy małpy zostały stworzone z pcheł. Stamtąd udaliśmy się na plac Durbar zaliczając po drodze jedną z wielu świątyń bólu zęba, którą stanowił kawałek pniaka, do którego przybija się monetę w ofierze za ulgę w walce z dolegliwością. Sam plac Durbar, na którym znajdują się liczne świątynie, pałac królewski, dom żywej bogini i inne zabytki, po trzęsieniu ziemi z 2015 ucierpiał znacząco, Według naszego przewodnika rząd Nepalu nie kwapi się bardzo do napraw zabraniając przyjazdów zagranicznym ekipom chętnym do pomocy. Powiedzieć tylko, że "drewniany dom", od którego wywodzi się nazwa Kathmandu to teraz stos gruzu ze zdjęciem ukazującym, jak to wyglądało kiedyś. Wiele innych budynków stoi tylko dzięki podporom, a do części wejście jest zabronione z uwagi na ryzyko zawalenia.

Na lunch udaliśmy się w okolice kolejnej buddyjskiej świątyni, która również ucierpiała podczas trzęsienia ziemi. Tam jednak widać przynajmniej prace remontowe, w których pomagają lokalni wolontariusze wliczając do stare babcie noszące ciężkie wory z piaskiem.

Najbardziej zapadająca w pamięć część zwiedzania została na koniec. Odwiedziliśmy krematorium, gdzie na wolnym powietrzu palone są zwłoki zmarłych, po uprzedniej ceremonii oczyszczania ciała w rzece. Doczesne prochy zostają wrzucone potem do rzeki. Ciekawą tradycją jest golenie głowy mężczyzny, którego ojciec właśnie przeszedł na drugą stronę.

Wyczekiwanie

Pobudka 4.40, bezsmakowa bułka, gotowane jajka, banan i jabłko... Czekamy na lot do Lukli zaplanowany na 6.30. Prognoza pogody pogarsza się, lotnisko leży między górami, są problemy z widocznością z powodu niskich chmur. Pierwszy lot przełożony, kolejne też...

Godzina 13-ta. Stwierdzamy po rozmowie z poznanymi Włochami, którzy byli na prawdziwej podróży poślubnej, że czekanie na lepszą pogodę nie ma sensu. Prognozy na kolejne dni były jeszcze gorsze. Oni zmienili bilet lotniczy i lecą do Pokhary, a potem mają treking do Annapurna Base Camp, my decydujemy się na Annapurna Circuit i przejście przez Thorung La Pass. Jak się potem okazało, był to bardzo dobry wybór, bo lotów nie było przez kolejne cztery dni.

Ganga wykazuje się wielką operatywnością, załatwia pozwolenia i już po 14-tej ruszamy w drogę, już z szerpą na pokładzie, do Besi Sahar. Po nepalskich "high way" 160 kilometrów zabiera 6h... Nawet w Maroko były lepsze drogi, a w dodatku na nepalskich autostradach znajdują się punkty poboru opłat. Po drodze mamy lunch, na którym pierwszy raz próbujemy Dal Bhat, który będzie głównym daniem na całą dalszą część wyprawy. Podczas lunchu pierwszy raz spotkaliśmy się też z dziwnym zwyczajem jedzenia osobno. Szerpa i nasz kierowca powiedzieli, że nie są głodni, mimo że byli...

Po przyjeździe do celu miła niespodzianka - ciasto urodzinowe ze świeczką, które zorganizował nasz przewodnik Ram. Mimo, że był to jabłecznik i Krzyś zjadłby cały, dzielimy się ze wszystkimi w jadalni. Na zakończenie dnia monsunowa burza, podczas której na chwile odcina prąd.

Off-road

Dzień znów zaczynamy od czekania. Tym razem czekamy na publicznego jeepa. Okazuje się jednak, że nocna ulewa spowodowała osunięcie się skarpy i droga jest zablokowana. Nie mamy szczęścia...

Koło godziny 10-tej w końcu ruszamy. Nie na długo jednak. Po kilku kilometrach okazuje się, że droga jest odblokowana w "50%", teraz blokuje ją autobus, który chyba sprawdzał czy już da się przejechać. Nie dało się, a autobus się zaklinował. Ciągnik okazał się za słaby i dopiero ciężka koparka poradziła sobie z zadaniem w iście podwórkowy sposób. Za pomocą taśmy przywiązanej do łyżki koparki z jednej strony i do zderzaka autobusu z drugiej autobus został podniesiony i wyciągnięty z usuwiska. Koparka potem toruje drogę w 100%. Całemu widowisku przygląda się kilkadziesiąt osób.

Dalej podróżujemy prawie bez przeszkód. Prawie, bo w 6-osobowym jeepie jedziemy w 9 osób, także przed punktami kontrolnymi trójka pasażerów opuszcza pojazd i idzie kawałek na piechotę, kierowca zmieniał biegi między nogami naszego szerpy, Doduś podróżował część trasy mi na kolanach, a w końcu nasz szerpa przeniósł się na pakę - wszystko to po mega wyboistej drodze.

Jeepem jedziemy aż do miejscowości Tal, tak żeby nadrobić czas stracony na czekaniu. Stamtąd pierwszy, dwugodzinny spacer do Dharapani, gdzie ponownie była kolacja dla wybranych. Do tego, że przewodnik i szerpa patrzą się nam na talerze twierdząc, że będą jeść później z gospodarzami nie mogliśmy się przyzwyczaić do końca wyprawy.

2w1

Teoretyczny plan naszej wyprawy zakładał przejście do miejscowości Chame. Na mapie wyglądało to jednak dość blisko i po cichu zaplanowaliśmy mały spisek chcąc pokonać trasę zaplanowaną na dwa kolejne dni w jeden dzień i dojść aż do Pisang. Nasz przewodnik podchodził do tego bardzo sceptycznie, ale jeszcze nie znał nas za dobrze.

Na śniadanie jemy owsiankę (porridge), Doduś pije kakao zrobione na herbacie i ruszamy. Trochę bardziej napakowaliśmy do naszych plecaków, tak żeby nasz szerpa mógł iść szybciej. W Chame byliśmy już o 11.30, gdzie mieliśmy jeden z lepszych obiadów na całej trasie. Wersja Dal Bhat ze świeżymi grzybami i lokalnym piwem, które przypominało bardziej cydr. O 13-tej znów byliśmy na trasie. Spotykamy chłopaka, który prosi o odwiązanie chustki z plecaka, żeby zakryć głowę. Okazuje się on być Hiszpanem, więc korzystając z okazji mamy małą lekcję hiszpańskiego na świeżym powietrzu. Idąc wspólnie zostawiamy naszego przewodnika i szerpę, który został z przewodnikiem, chyba bardziej bo tak wypadało z punktu widzenia jego pozycji, daleko z tyłu i przemy naprzód w kierunku Pisang. Otaczające nas skały z pewnością musiały doświadczyć działania lodowca, bo wyglądały jak równiutko ciachnięte nożem.

W Dhikur Pokhari robimy postój. Nasz kolega zatrzymuje się na lunch, a my czekamy na naszych nepalskich kompanów. Doduś z rozpędu zaczyna mówić do przewodnika po hiszpańsku, co wywołało niemalże strach w jego oczach i wybuch śmiechu wśród pozostałych. Do Pisang został rzut kamienieniem, więc udało nam się pomyślnie zrealizować poranne zamierzenie, co prawda nasz przewodnik przypłacił to naciągnięciem jakiegoś ścięgna, ale za to będzie miał dodatkowy dzień przerwy później. Przy kolacji dostaliśmy trochę więcej informacji o Nepalu. Lokalny rum - roksy - rozwiązuje języki. Pokazaliśmy też, że nie jesteśmy całkiem przypadkowymi turystami. Przewodnik mówił, że nawet lokalni ludzie nie  pokonują takich dystansów w jeden dzień, i że powinniśmy wystartować w maratonie na Mount Everest. Jeszcze sobie żartował, ale później mówił już o tym na serio :P

Manang

Rankiem przywitały nasz super widoki na szczyty Annapurna II i Gangapurna. Tego dnia również nie chcieliśmy iść całkiem na łatwiznę i zamiast drogą, chcieliśmy dotrzeć do Manang trawersem położonym 200-300 metrów wyżej. Obieramy więc kierunek na Ghyna i Nawal i stromym podejściem podążamy w kierunku widocznych tybetańskich flag.

Przewodnik znów został z tyłu, nie pomógł mu kijek, który mu pożyczyliśmy. Doduś nie był jeszcze przekonany do używania kijków, więc miał szczęście. Na stromych zejściach kijki są bardzo pomocne, zwłaszcza w miękkim terenie, więc już kolejne dni kijki były naszymi nieodłącznymi towarzyszami. W Nawal lunch albo raczej drugie śniadanie, bo było bardzo wcześnie. Zamiast piwa dostaliśmy po szklance rumu, co przy przygrzewającym słońcu nie było najzabawniejsze. Doduś zalicza mała lekcję niemieckiego "sprechając" ze spotkaną Niemką.

Na odwiedzenie ponoć najstarszej świątyni buddyjskiej w miejscowości Braga dostaliśmy wolną rękę, przewodnik z szerpą udali się prosto do Manang, które miało być naszą bazą na kolejne dwa dni. Gdy my dotarliśmy na miejsce okazało się, że gdzieś po drodze zgubiłem buty "po", które były przypięte do plecaka...

Po małym praniu poszliśmy jeszcze fakultatywnie na punkt widokowy położony nad Manang na około 3800m n.p.m., z którego było widać lodowiec Gangapurna i jezioro Gangapurna Tal.

Ice Lake

6:30 - śniadanie, zupa z jajecznicą pociętą na plasterki, makaronem, ... zamówiona poprzedniego dnia. Wyruszamy na podbój Ice Lake, po  raz pierwszy biorę kijki i idziemy skrótem przez pole, który, jak u moich rodziców, okazuje się dłuższy, więc po dłuższej chwili wracamy na drogę. W Braga znajdujemy wczoraj widziany szlak i zaczynamy mozolne podejście. Przypomina nam drogę na Mulhacena, tylko na skróty, prawie nie ma zakosów i jest mocno nachylone zbocze. Podejście jest ciężkie, więc co jakiś czas robimy krótkie przerwy. Mimo wysiłku strasznie marznę tak, że ubieram polar i wiatrówkę, Krzyś przyzwyczajony do chłodu zakłada tylko bluzę.

Dochodzimy do polany gdzie kończy się świetne oznaczenie szlaku do jeziorka, ale na szczęście technologia nam pomaga i porównujemy tracka z wikiloc, do przebytej drogi idąc trochę na oko. Okazuje się to być dobry strzał. Po chwili dochodzimy do kolejnego znaku i jeziorka położonego na ok. 4600 m n.p.m.. Przy drugim zaczyna kropić, więc rezygnujemy z wejścia na view point i niczym z krainy deszczowców idziemy na dół. Widoki są przepiękne.

Udało nam się zejść mniej więcej w takim samym czasie jak wejść - sukces. Na dole wita nas słonko i gorąc. Przemierzamy ostatni, prawie płaski kawałek, uciekając przed goniącym nas deszczem i idziemy do hotelowej restauracji. Przewodnik i właściciel hotelu byli w szoku, że tak szybko przeszliśmy trasę, więc w ok. 10 minut dostajemy wielką porcje dal bhat, tak dużą, że Krzyś ledwo zjadł swoją.

Mycie głowy, jak nie ma jak jej wysuszyć, to bardzo zły pomysł. Przez chłód panujący w pokoju, zaczyna doskwierać mi  ból głowy z zimna, mimo że woda była ciepła. Krzyś padł, a ja przez chyba godzinę pocierałam włosy, ale udało się w miarę je wysuszyć. Szybka i malutka kolacja, bo strawienie obiadu mimo fakultatywnej wycieczki, nie było takie proste.

Master chef

Pierwotnie myśleliśmy, żeby zostać w Manang dwa dni i spróbować jeszcze innych okolicznych szlaków, jak na przykład ten na Tilicho Lake. Ostatecznie jednak uznajemy, że obrócenie w jeden dzień tam i z powrotem to będzie za dużo i po wczesnym śniadaniu ruszamy z całym majdanem w kierunku miejscowości Ledar położonej już na 4200m n.p.m..

Początkowo spowalnia nas karawana osiołków i tragarzy wielkich, drewnianych płyt, ale później już gładko i do Ledar docieramy w trzy godziny, akurat przed mocniejszym deszczem. Po lunchu wybieramy się na spacer i docieramy do małego "tea shopu" położonego na drodze w kierunku Thorung Phedi. Pijemy tam herbatę imbirową i próbujemy suszonych kostek sera, które wg instrukcji sprzedawczyni należało ssać przez godzinę - dwie. Ja poddaję si po godzinie ciumkania częstując okoliczne jaki.

Wracając wypatrujemy wyłaniających się z chmur szczytów Gangapurna. Z powrotem docieramy akurat przed kolejną porcją deszczu. Doduś pracuje za sprzątaczkę i panu hotelowemu oddaje cały worek śmieci zebranych po drodze. Wciąż było jeszcze wcześnie, więc zaznaliśmy trochę życia obozowego. Karty, kółko i krzyżyk, szubienica, statki. Na kolację dal bhat. Doduś wizytuje kuchnię, gdzie jeden chłopak, który prowadzi cały hotel, przygotowuje również jedzenie dla wszystkich gości. Krojenie jak na filmie, naleśniki typu "pancake" - puchate, przygniatane na patelni, domowy makaron. Imponujące.

Thorung High Camp

Wczesne śniadanie już tradycyjnie i ruszamy w koleiny etap. Początkowo myśleliśmy, że pójdziemy w stronę Chulu High Camp, ale pogoda nie była najlepsza. Spadło trochę śniegu, więc droga mogła być niebezpieczna. Jeden zaoszczędzony dzień pozostał więc na później.

I tak wylądowaliśmy na ponad 4800m n.p.m.. To był nasz najwyższy nocleg. Do ostatniego obozu przed przełęczą Thorung La dotarliśmy idealnie przed chmurą gradowo-śniegową, która potem na kilka godzin zasłoniła wszystkie widoki i spowodowała znaczny spadek temperatury. Doduś w jadalni siedzi w śpiworze.

Wykorzystując później chwilę lepszej pogody poszliśmy na okoliczny szczyt górujący nad obozem, a później kawałek drogą w kierunku przełęczy zaliczając 5000m n.p.m.. Nieśmiertelny dal bhat power, tym razem bardzo wcześnie, bo już o 4-tej kładliśmy się spać, żeby być gotowym o 4-tej rano na podbój przełęczy o wschodzie słońca. Nie było łatwo zasnąć przez męczący mnie katar, ale w końcu zmorzyło nas zmęczenie.

Przejście

Zgodnie z planem pobudka o 4.10, szybkie pakowanie i mała nowość na śniadanie - pudding ryżowy. Daleko mu jednak do "arroz con leche", który mieliśmy na myśli, twardy ryż, bez cynamonu, ale przynajmniej było słodkie...

Wyruszyliśmy z obozu chyba jako jedna z ostatnich ekip. Krzyś gdzieś posiał latarkę, więc tylko z jedną czołówką zaczynamy wędrówkę. Szybko doganiamy i wyprzedzamy tych, którzy wyruszyli przed nami i zostajemy parą trującą drogę innym. W nocy znów spadło trochę śniegu, tak że miejscami można naprawdę było mieć wrażenie parcia w nieznane.

Do przełęczy docieramy w nieco ponad godzinę, tak że nawet mała herbaciarnia na szczycie była jeszcze zamknięta. Czekając na pozostałych wchodzimy jeszcze trochę wyżej na ok. 5500m. Doduś lepi małego bałwana i szaleje z radości mając wokół siebie świeży śnieg. Pijemy jeszcze pyszną, ciepłą herbatę i zaczynamy trudniejszą dla nas część - zejście. Początkowo proste, w towarzystwie biało-czarnej tęczy, która utworzyła się na chmurze śniegowej, a w miarę czasu coraz bardziej strome i trudniejsze. Do pokonania mieliśmy prawie dwa kilometry w pionie, gdyż planowany nocleg był w miejscowości Muktinath na ok. 3700m n.p.m.. Tym razem Ram i Robin idą przodem, Krzysiowi zatyka się ucho, a mi coś przeskakuje w szyi, tak że ruchu obrotowe są prawie niemożliwe.

Na przedmieściach Muktinathu zwiedzamy śliczną świątynię, która jest miejscem pielgrzymek hinduistów. Pali się tam wieczny ogień, a ludzie zażywają kąpieli w świętej wodzie.

Po obiedzie i dwugodzinnej drzemce odżywamy i idziemy na spacer po miasteczku. Spotykamy naszego szerpę, pijemy sok z "sea buckthorn" - rokitnika i herbatę z mlekiem. Dzień żegnamy pięknym zachodem słońca z widokami na masyw Dhaulagiri i kolacją z chińszczyzną oraz naleśnikami z czekoladą.

Marpha

Wita nas piękny wschód słońca z widokami na szczyty Nilgiri i Dhaulagiri. Podążamy dalej drogą w dół, już nie tak stromą, ale utrudnioną przez wiatr i podnoszący się pył. Tak docieramy do stolicy regionu Mustang - miasta Jomsom, które ma nawet swoje lotnisko. Tam jemy lunch w towarzystwie Nowozelandczyka przemierzającego podobną trasę na rowerze. Kuchnia w Jomsom do tradycyjnego dal bhat oferowała pyszny dżem śliwkowy.

Celem na ten dzień była nieopodal położona Marpha. Miejscowość, która zachowała swój charakter i nie została oszpecona pstrokatą hotelową architekturą. Odwiedzamy tam buddyjską świątynię i zapuszczamy się w wąskie uliczki miasteczka. Marpha jest znana również z plantacji jabłek oraz z brandy, które jest z nich wytwarzane. Nie mogło więc zabraknąć brandy na kolacji, co uczyniło ją miłą i bardziej towarzyską niż zwykle.

Dhambus Pass


Tsampa jak co rano, tym razem bez pakowania, bo idziemy na fakultatywną wycieczkę mając za cel położone na ponad 5000m n.p.m. Dhampus Pass, a może nawet Dhampus Peak i 6 tysięcy metrów. Z góry wiadomo jednak było, że nie będzie to proste bo Marpha położona jest na niespełna 2700m n.pm.. Powoli wspinamy się i w godzinę robimy 600m w pionie, później niestety coraz gorzej, gubimy szlak i idziemy korytem rzeki, a następnie na przełaj.

Przerwa na jedzenie, gotowane jajko i wtedy Dodek znajduje żółto-czarne tyczki, dzięki czemu robi się nieco prościej. Docieramy na 4700m n.p.m. i niestety zawracamy, bo ostatnie 100m było walką w chmurze marznącego śniegu i zimnym wietrze. Teraz już wiemy dlaczego szczyty zdobywa się rano.

Wracamy powoli obserwując zwierzęta, na pobliskich yak kharkach widać dużo jaków, są też orły, ale niestety też coraz więcej chmur. Ostatnie 700m Doduś ma kryzys i bolą go kolanka. Obiecujemy sobie, że jak dotrzemy do Marphy to pójdziemy na jabłecznik, ale niestety sklep z ciastem był zamknięty, więc wracamy do hotelu, gdzie dostajemy jabłecznik i to nawet słodki. Dziś na kolację chcemy coś innego, ja biorę przysmażany makaron a Krzyś pizzę. Po kolacji padamy zmęczeni.

Uklepanie

Chyba najdłuższy odcinek do tej pory. Po śniadaniu - "noodle soup" - ruszyliśmy w dół rzeki. Pierwsza część wędrówki nawet przyjemna, lasem, trochę góra-dół, w towarzystwie ciekawskich dudków, krów i nawet wąż się znalazł. Widać leżące drzewa i oberwane ścieżki, po lawinach kamiennych i usuwiskach.

Trochę jednak się dłużyło, do Kalopani doszliśmy po 4.5 godziny w miarę szybkiego marszu, tam oczywiście dal bhat z dokładką, bo głodek dokazywał już od jakiegoś czasu. Do Ghasy miało być blisko, ale po kamienistej drodze zeszło prawie 2 godziny, a maksymalnie w planie miało być 6. Tylko z tego co rozmawialiśmy z przewodnikiem, prawie nikt tego odcinka nie pokonuje na piechotę, tylko jedzie jeepem.

Atrakcją drugiej części było stado długowłosych kóz oraz ciężarówka z bykami wisząca nad skarpą. Co było dla nas dziwne, ludzie nie przejmowali się i albo czekali na kolejny środek transportu/odblokowanie drogi, albo filmowali zdarzenie telefonami. Na koniec wędrówki pojawiły się również małpy, ale nie takie malutkie jak na Gibraltarze.

To był etap na uklepanie. Okolica znów jest bardzo zielona, jesteśmy w wąwozie otoczeni lasami z widokiem na odległy wodospad.

Narchyang

Miało być cicho i spokojnie a wyszło bezsennie, czułam się trochę jak przy autostradzie, jak nie samochody, to towarzystwo w knajpie pod nami, na dodatek na śniadanie dostaliśmy po 1 jajku na głowę, gdzie miało być po 2 i dżem, albo raczej galaretkę o smaku cukru i różowym kolorze - 1 łyżka na 4 osoby, ale na szczęście cała porcja "tibetan bread".

Ruszamy, tym razem po chwili schodzimy z drogi i ruszamy naszym czerwonym szlakiem, góra-dół aż docieramy do Narchyang, mijając największy wodospad na świecie - Rukse. Otaczająca nas przyroda przypomina trochę ogród botaniczny, widać kameleony, wielkie motyle, które ledwo poruszają skrzydłami i nawet dudek się pokazał. Krzyś w ferworze walki atakował stojącego mu na drodze bawoła, ale ten okazał się być dość niemrawy, choć na końcu ustąpił drogi.

Narchyang okazał się być prześliczną wioską, bardzo autentyczną i bez turystów. Uczyłam się z miejscowym dziadkiem wyplatać płot z bambusa, co bardzo spodobało się mieszkańcom. Po półtora godziny czekania dostajemy upragniony dal bhat z niedogotowanymi ziemniakami i myślimy, żeby pokazać jak ugotować dobre danie w 15 minut.

Zaczyna padać i zmieniamy plany, zamiast do Khopra Danda idziemy, zgodnie z pierwotnym planem wycieczki, do Tatopani, gdzie postanawiam spróbować "hot springs", które okazują się być rzeczywiście nie ciepłe, a gorące. W strugach deszczu wracamy do hotelu i skuszeni propozycjami właściciela kuchni decydujemy się na bardziej europejską kuchnię. Ja dostaję przesolonego i zjaranego pstrąga, Krzyś podobnie, ale zamiast ryby wieprzowina.

Schody do góry

Dzień zdominowały schody, tym razem schody pod górę. Większość szlaku była ułożona w formie schodów pnących się szybko do góry. Pod górę idzie się nam dobrze, tak że na lunch zameldowaliśmy się przed 10. Po godzinie czekania w Shintu była licha jajecznica, wyłamałem się, bo nie byłem jeszcze głodny i dal bhat. Czekając poznajemy 100 letniego mężczyznę, który służył w armii brytyjskiej i opowiadał trochę o swoim życiu,

Potem znów w górę i po dwóch godzinach wspinaczki byliśmy na miejscu. Z 7-8 planowanych godzin wyszło trochę ponad pięć. Znów wymęczyliśmy naszych towarzyszy, muszą być szczęśliwi, że już jesteśmy blisko końca.

Okolice przypominają dżunglę, rośliny i zwierzęta, które znamy tylko z zoo.

Panorama Annapurny

Pobudka 4.10, gdyż sąsiedzi włączają budziki, a ściany z dykty powodowały, że czułam się, jakby to było u nas. Każdy chce zobaczyć wschód słońca z punktu widokowego. Pakujemy się pobieżnie i na czczo (o prowiancie jeszcze z Polski) ruszamy na Poon Hill. Wchodzimy po schodach z milionem, na pewno przynajmniej setką, osób. Widok prześliczny, choć trochę czaru odbierał mój kaszel z wypluwkami. Tym razem mieliśmy trochę więcej szczęścia i przy bezchmurnym niebie było widać całą panoramę Himalajów, od Dhaulagiri, przez Nilgiri, Annapurna I, Annapurna South, Machupurche, aż po gdzieś w oddali majaczące Masalu.

Po śniadaniu sami ruszamy na Deurali Pass, chcieliśmy iść jeszcze dalej, ale sezonowej ścieżki do punktu widokowego nie udaje nam się znaleźć. Mgła jak prawie co rano podnosi się i wracamy, mijając tłumy walące na Annapurna Base Camp. Część z nich wygląda jakby miała wyzionąć ducha po drodze, a to dopiero pierwsza godzina ich "czołgania się". Tragarzom na szczęście dopisują humory i mimo ciężkich bagaży niewprawionych "turystów" śpiewają i żartują ze sobą.

W hotelu zbieramy wszystko i wszystkich i zaczynamy mozolną wędrówkę po schodach, tym razem w dół. Po drodze stajemy na dobry dal bhat w Brethani. Napotykamy też przewodnika "marihuana" i kuśtykającego kolegę z Filipin, no i nadal dziesiątki osób podążających w stronę Poon Hill.

Stwierdzamy, że nasza trasa wcale nie była taka komercyjna, przynajmniej o tej porze roku, i że udało nam się ja przejść/spędzić w raczej kameralnym gronie. A w sumie przeszliśmy na piechotę ponad 200 kilometrów.

Koniec wędrówki

Z Tikhedhunga pozostał nam już tylko ostatni, krótki odcinek trekingu prowadzący do kolejnej nepalskiej "highway", skąd już autobusem mieliśmy jechać do Pokhary. Na prośbę naszego przewodnika skończyliśmy jeden dzień wcześniej, gdyż miał on odebrać kolejną grupę w Pokharze. W zamian spędziliśmy jedną noc w tym mieście wykorzystując okazję, żeby odwiedzić kilka okolicznych atrakcji.

Nayapul, które było ostatnią miejscowością na trasie naszej wędrówki położone jest już poniżej 1000m n.p.m.. Stamtąd ostatecznie pojechaliśmy taksówką do Pokhary zaliczając kolejny odcinek wspomnianej autostrady. Tym razem były nawet odcinki całkowicie terenowe.

W Pokharze zakwaterowani zostaliśmy w europejskiej klasy hotelu i po szybkim prysznicu udaliśmy się na obiad. Doduś spróbował kolejnej tradycyjnej potrawy nepalskiej - dhindo, czyli dal bhat w wersji z czarnym grysikiem zamiast ryżu. U podnóża gór doskwierała znów wysoka temperatura, więc godziny około-południowe spędziliśmy na krótkiej drzemce, a potem odwiedziliśmy sławne jezioro w Pokharze - Phewa i małą wysepkę na jego środku, do której zabrał nas mały, wiosłowy katamaran. Na zakończenie dnia ostatni wspólny obiad w, nie wiedzieć czemu, włoskiej knajpie.

Przed świtem następnego dnia chcieliśmy przepłynąć jezioro łódką i iść zobaczyć "World Peace Pakoda", ale sezon monsunowy nie odpuszcza i przez całą noc mocno pada.

Pokhara

Ostatnie "wspólne" śniadanie, dziś dołącza do nas tylko Ram i na dodatek pije jedynie kawę. W związku z tym, że mamy jeszcze trochę czasu przed kolejnym lotem, idziemy na piechotę do Gupteshwor Mahadev Cave. Po drodze przemierzamy pola ryżowe, jako że mam niskie buty przeskakuję po kamieniach póki mogę, później proszę o zabranie na barana, ale po kilku "nie", stwierdzam, że nic z tego nie będzie. Blisko celu wpadam w dość głębokie błocko, najpierw jedną, później już obiema nogami i mam bagienko w butach.

Przed grotą próbuję powiesić skarpetki, żeby choć trochę wyschły - dużo tłumaczenia, trochę na migi, gdyż przyglądające się całej sytuacji kobiety bały się, że ktoś ukradnie moją własność, choć dla mnie było to dość absurdalne. Sama jaskinia nie była porywająca, źle zrobiona wentylacja powodowała, że czuć było zapach stęchlizny, ale za to wejście bardzo nas urzekło. Misternie wykonane rzeźby i kolumny wprowadzały do bajkowego klimatu, a perspektywa schodów wgłąb ziemi dodawała magii całemu miejscu.

Następnie w drodze powrotnej zahaczyliśmy o Devi's Fall, który okazał się być rwącą rzeką, ale nie wodospadem. W górach wodospady mijane na niższych wysokościach miały przynajmniej 20m wysokości i zapierały dech w piersiach przez towarzyszącą florę.

No i wracamy do hotelu, kawałek nawet "na baranach" i skrótem jak miejscowi, którzy chodzą po wodę pitną. Szybki prysznic i zbieramy się. Lot, jak to u nas, znów opóźniony, ale na pokładzie pani stewardesa, w ciągu 30 min poczęstowała nas cukierkami, orzeszkami i piciem. W stolicy przywitał nas Ghanga i wielki korek, nie tylko ze względu na godziny szczytu. Cały kraj przygotowywał się do masowego ruszenia, tygodniowego festiwalu, w czasie którego każdy chce być w domu z najbliższymi. Zmęczeni po całym dniu idziemy na krótką drzemkę, a następnie na przechadzkę po stolicy.

Patan

Mimo że już tradycyjnie na śniadaniu jesteśmy przed godziną siódmą, tym razem byliśmy jednymi z ostatnich. Już właściwie byliśmy po naszej trekingowej przygodzie, a nowe ekipy dopiero zbierały się w góry.

Po śniadaniu pierwsza tura pakowania i zakupy. Mamy nowe śpiwory, plecaki i trochę pamiątek. Pakujemy się do końca, wykwaterowujemy z pokoju hotelowego i ruszamy na zwiedzaniu Patanu - kiedyś osobnego miasta, teraz części Kathmandu. Początkowo na piechotę przez dzielnicę Thamel aż do New Road Gate. Tam Doduś negocjuje cenę i dalej jedziemy taksówką.

Przy kasie, na Patan Durbar Square, zaczepia nas lokalny przewodnik oferując swoje usługi. Po namyśle stwierdzamy - "OK, niech będzie". Pierwsza część zwiedzania bardzo przyjemna. Dużo historii i skondensowanych ciekawostek. Sam plac i otaczające go zabytki lepiej zachowane niż te we właściwym Kathmandu. Po lunchu w lokalnej knajpie już się jednak zepsuło... Było odwiedzanie sklepów z naciąganiem na zakup rupieci. Ostatnim punktem w planie naszego przewodnika było muzeum, które już mieliśmy zobaczyć sobie sami. Pewnie przez to, że nic nie nabyliśmy.

Potem jeszcze dwie świątynie buddyjskie na własną rękę, włącznie ze świątynią dziesięciu tysięcy buddów, która była głównym celem naszej wycieczki do Patanu i wracamy na piechotę w kierunku Thamel. Nie był to najlepszy pomysł, bo wędrówka wzdłuż głównych ulic to próba samobójcza. Albo można się udusić od wszechobecnego pyłu i smrodu, albo zostać rozjechanym przy próbie przejścia na drugą stronę drogi. "Piesze" dzielnice, w których i tak jeżdżą motory, już trochę lepsze.

Jakoś jednak dotarliśmy. Ostatnie zakupy i obiad w tybetańskiej restauracji godnej polecenia. O 20-tej Ganga zabiera nas na lotnisko. Gdy tylko wychodzimy z hotelu znów otwiera się niebo i mocno leje. Nie ma więc dużego zaskoczenia - jest opóźnienie, ale przynajmniej naszego lotu do Dubaju nie odwołują, jak zrobili z poprzednim. Mamy trochę szczęścia, że nasz samolot utknął w Dubaju z powodu niesfornych pasażerów i startując później ominął burzę i mógł wylądować w Kathmandu. Na lotnisku spotykamy jeszcze Polkę, z którą z angielskiego, przez hiszpański doszliśmy w końcu do polskiego.

Na czas

Pierwszy lot za nami, czekamy na kolejny do Madrytu wyjadając resztki jedzenia. Do Hiszpanii zabiera nas największy na świecie Airbus. Teraz już zgodnie z planem, co nas trochę zaskoczyło, bo byliśmy przygotowani choć na niewielkie opóźnienie i bilety na powrotny pociąg mieliśmy dopiero na 18-tą.  Ponadto, bagaże również udało się odebrać dość szybko i kolejka podmiejska tym razem jakby podróżowała szybciej, więc na Puerto de Atocha byliśmy przed 16-tą. Niestety biletów nie dało się zamienić na wcześniejsze... Doduś idzie do sklepu i nadrabia ostatnie niedobory owocowe kupując worek śliwek, banany, chirimoyę i innych. Czekamy. Do Malagi jechaliśmy już bez przystanków z kilkukrotnie pojawiającym się 301 km/h na budziku. Z dworca do domu dzieliła nas już tylko krótka przejażdżka taksówką.

Galeria z całej wyprawy.


Tuesday, July 12, 2016

entre campeones

Już na nie tak odległym horyzoncie majaczy wrześniowa wyprawa w Himalaje. Tym razem bez roweru. A to oznacza, że trzeba przygotować się do troszkę innego wysiłku. Nie ma obaw jeśli chodzi o wspinaczkę do góry, ale zejścia będą kosztowały nas trochę. Dlatego też zaczęliśmy powoli poważniej myśleć o pieszych wędrówkach. Po krótkiej trasie w Sierra Nevada, wykorzystaliśmy pobyt w Sierra de Grazalema na zaliczenie dwóch okolicznych szczytów - Simancon y Reloj. Większość udało nam się przejść zgodnie z trasa opisana w przewodniku, pomimo tego, że brak drogowskazów i oznaczeń nie ułatwia zadani w wielu miejscach. Było też zejście na przełaj z "zegara".

Popołudniu udało nam się wykorzystać zaproszenie do restauracji 'El Torreon' w Grazalemie, wygrane jeszcze w zeszłym roku podczas zawodów w tej miejscowości. Zaserwowaliśmy sobie trochę lokalnej dziczyzny. Po obiedzie zjechaliśmy do miejscowości Benahamona na nocleg i odpoczynek przed zawodami Patacabra.

Co prawda, nie było to to samo, co za pierwszym razem, gdy można było pościgać się na długiej, prawie 200 kilometrowej trasie, ale i tak podjazd na Puerto de las Palomas w 40 stopniach nie należy do najłatwiejszych. Dorotka wygrała wśród pan, a ja bylem trzeci za plecami mistrza Hiszpanii masters 30 w MTB i także mistrza masters 30 tylko, że na szosie... Po kończącej imperezę paelli ponownie zostałem poproszony o wywiad dla radia Ubrique. Ostatnim razem udzielałem go po angielsku i pewna Pani tłumaczyła to na hiszpański. Tym razem jakoś poszło po hiszpańsku :P