Showing posts with label roadmaraton. Show all posts
Showing posts with label roadmaraton. Show all posts

Monday, September 17, 2012

przekraczając próg

Pięknie to było powiedziane. Każde kolejne wyzwanie, nawet największa trudność powinna być brana jako próg, który trzeba pokonać, żeby wkroczyć do lepszego świata. Nie ważne na jakiej płaszczyźnie to będziemy rozpatrywać. I tak wiara w to, że idziemy ku dobremu jest najważniejsza.

W sobotę, po miesięcznej przerwie w startach pojechałem do Rajczy, żeby jeszcze spróbować coś powalczyć w RoadMaratonie. Niestety sam. Ale ważniejsze było, że trzeba było poszukać uśmiechu i pozytywnej energii na najbliższy czas. To się na pewno udało - wracałem uśmiechnięty i gotowy się dzielić radością.

Sam start w sumie całkiem udany. Co prawda na jakieś 20 km przed metą opuściły mnie siły i walkę o wyższą pozycję musiałem odpuścić, ale i tak byłem zadowolony. Dawno  nie przejechałem takiego dłuższego kawałka w przyjemnej pogodzie i przy dobrej współpracy. Co prawda niektórzy musieli się szybko nauczyć jazdy na podwójnym, ale potem szło już bardzo sprawnie i szybko :) Trasa nie była zbyt górska, bo najbardziej mnie wymęczyły hopki i wiatr, ale taki urok tamtych okolic. Jedyny minus to początek. Gdy na odcinku "rozprowadzającym" po podjeździe na Kotelnicę najpierw karetka nie mogła uciec przed peletonem, a potem niby nową drogę tarasowały koparki ją wykańczające, a ten nowy asfalt pokryty był błotem i kamieniami...

Na koniec sezonu standardowo chyba będzie kilka czasówek, bo w Bieszczady tego roku też już nie ma po co jechać.

Monday, August 13, 2012

generalka

Trochę filozofii na początek. Generalka ma to do siebie, że trzeba walczyć i starać się codziennie. Wydaje się proste i mało skomplikowane, ale wszystko zależy od tego, kto w jakiej generalce próbuje swoich sił. No i właśnie najważniejsze, żeby wiedzieć, która generalka rzeczywiście się liczy. Życie.

A wracając do przyziemnych generalek... Nie wspomniałem o ubiegłotygodniowym starcie na Lanckorona Tour, bo chyba nie warto. Ja, gdy tylko zaczęło padać, szybko odpuściłem, ale przy konfiguracji i oznaczeniu trasy, żwirze, błocie - nie było sensu. Około wyścigowa organizacja też wypadła w tym roku blado. Szczególnie, że miało to być ostatnie przetarcie przed Road Trophy to nie było sensu podejmować ryzyka.

No i Road Trophy... Jeszcze tydzień temu zapowiadała się idealna, kolarska pogoda. Chłodniej i słonecznie. I było tak - niestety tylko pierwszego dnia. Sobota to późno jesienne warunki, więc mając dużo bardziej kuszącą alternatywę i świadomość tych ważniejszych spraw nie stanąłem w ogóle na starcie. W niedzielę już było znośnie, ale i tak nas solidnie pokropiło.

Z samego startu nie jestem do końca zadowolony. Nie było takiej dobrej dyspozycji, na jaką można by liczyć. Pierwszy etap, prawie w całości po stromych ściankach, przy rwanym tempie to nie było to co lubię. Trochę mam sobie za złe, że "strzeliłem" z czołówki już po największych trudnościach, ale bywa... Ostatecznie 12 miejsce open i 6 w kategorii.

Do drugiego (i tak skróconego) etapu, jak już napisałem, nie wystartowałem. Ale był bardzo miły dzień wśród znajomych. Osobiście myślę, że etap powinien zostać odwołany albo przynajmniej przesunięty na późniejsza godzinę. Względnie można było zrobić jakąś czasówkę wieczorem, gdy pogoda już była całkiem znośna.

Etap niedzielny też został skrócony. Trasa nie było wcześniej oznaczona, a na mokrym asfalcie się nie da, więc czekało na nas 5 pętli z podjazdem na Zameczek. Przeciągnąłem się dość mocno, bo przy tej dyspozycji trzeba było się mocno wysilać, żeby pokonywać ten podjazd w takim tempie. Przynajmniej na zjeździe, pomimo deszczu, nie miałem problemów w porównaniu z innymi. Na plus wyszła zmiana kół. Wynik identyczny, jak pierwszego dnia. W generalce Road Trophy oczywiście nie byłem sklasyfikowany.

Weekend w Istebnej był jednak bardzo miły. Dużo punktów do tej ważniejszej generalki ;)

Sunday, July 8, 2012

wiślackie dwójeczki

Pojechaliśmy razem we dwójkę, Salmopol był dwa razy, Zameczek dwa razy i ostatecznie mamy też dwa drugie miejsca. Tylko wygrana premia górska wyłamuje się z tego dwójkowego scenariusza ;)

Szósta edycja Pętli Beskidzkiej po raz pierwszy wystartowała z Wisły. Na dzień dobry mieliśmy właśnie wspomnianą premię na przełęczy Salmopolskiej. I potem klasycznie przez Milówkę, Istebną, Kubalonkę z powrotem do Wisły z rundami na Zameczku dla jadących dłuższą pętlę. Trochę niemiłym zaskoczeniem był start w grupach wiekowych... Powoli trzeba chyba dojrzewać do tego, żeby przy większej frekwencji robić sektory na podstawie przeszłych wyników i umożliwić wspólną rywalizację wszystkim jadącym na podobnym poziomie niezależnie od wieku. Jak już o mankamentach - to jednak zrobiło się trochę zamieszania w okolicach bufetu na Kubalonce i zjazdu w bardzo dużym ruchu do Wisły. Nie było tam zbyt bezpiecznie.

Poza tym jednak super. Trasa bardzo fajna. Pomimo tego, że chyba najkrótsza w historii to przy panującym upale było się gdzie zmęczyć. Początkowo tempo nie było co prawda zbyt wysokie i było dużo oglądania się na siebie, ale końcówka to już mocna jazda. Trochę przeliczyłem się z zapasem wody na końcu. I mimo że na drugą rundę z Zameczkiem wjeżdżałem z pełnym bidonem to ostatni podjazd na Salmopol pokonywałem z dreszczami... i nie byłem w stanie odpowiedzieć na atak Wojtka Niewidoka już na początku podjazdu. Jechałem tak 100-200 metrów za nim rozprowadzając przy okazji finiszującą grupę krótszego dystansu, ale przyspieszyć się nie dało. Zwycięstwo na Pętli jeszcze nie dla mnie.

Najważniejsze, że udało się przejechać bezpiecznie, bo kilka zdradliwych momentów czekało po drodze na wszystkich. Najdosadniej o tym przekonał się Tomek z Bikeholików, który na wirażach w Koniakowie zaliczył spotkanie z motocyklistą i rozbił rower. Szkoda włożonych w przygotowania pracy i wysiłku, ale zdrowie najważniejsze - wiem coś o tym.

P.S. "dwójeczki" powinny być pewnie wiślańskie, ale wiadomo ;)

Tuesday, June 19, 2012

batonik, dziury i sprężynowanie

Dużo wrażeń, może nawet za dużo mieliśmy w miniony weekend. Najpierw cykl Roadmaraton pokierował nas do Srebrnej Góry. Korzystając z okazji zawitaliśmy do Nysy, żeby odwiedzić, choćby na chwilę, rodziców Dorotki.

Trasa maratonu sowiogórskiego była mi znana z ubiegłego roku. W sumie była dla mnie prawie idealna. Długie, niezbyt strome pojazdy, na których nie najważniejsza była chwilowa siła. Niestety był jeden mankament - dziury. Od zeszłego roku nic się nie zmieniło, a nawet nie wiem czy miejscami nie było gorzej... Szkoda, że taki piękny zakątek naszego kraju ma tak fatalne nawierzchnie.

Wyścig układał się właściwie po mojej myśli. Start pod górę, bez większych problemów, za czołówką jadącą krótszy dystans. Premia na przełęczy Sokole, szczęśliwe ominięcie nieprzyjemnej kraksy Patryka
Domagały, w miarę szybki, ale spokojny podjazd pod przełęcz Walimską i spokojny zjazd po katastrofalnej drodze z tejże. Gdy po raz drugi dojeżdżaliśmy do Pieszyc tempo już nie było najlepsze, więc chciałem na przełęczy Jugowskiej mieć taką przewagę, żeby nie musieć się zaginać na tym dziurawym zjeździe. Odjechać udało się w miarę łatwo... 100-200 metrów za mną podążał tylko Przemek Szlagor. Na jakieś 2 kilometry do szczytu pomyślałem, że poczekam na Przemka i przy okazji zjem batonika, bo potem na tym dziurawym zjeździe na pewno się nie uda. Zrezygnowanie z choćby minimalnej przewagi na początku zjazdu to był największy błąd. Na takich dziurach nienawidzę jeździć i po prostu sobie nie radzę... Przemek pognał w dół i potem już było za późno. Skończyła się woda, trzeba było stanąć, a bufet jeszcze był zlokalizowany na zjeździe z kolejnej przełęczy. Potem jeszcze spadł mi łańcuch i trzeba go było ręcznie przywrócić na właściwe miejsce. Na "wojewódzkiej" do Srebrnej góry już całkiem mi odcięło prąd, byłem odwodniony, łapały lekkie skurcze. Ostatni podjazd bardzo wolno, byle wjechać. Nie udało się obronić tytułu "Mistrza Srebrnej góry", może za rok. Dorotka mimo problemów z zatokami dojeżdża druga wśród dziewczyn.

Zakończenie w Twierdzy miało swój klimat. Cała impreza bardzo fajna, gdyby tylko te bufety były zlokalizowane lepiej... Na poprawę stanu dróg jeszcze poczekamy, mam nadzieję, że niedługo. Wieczorem jeszcze oglądamy mecz Polaków z Czechami... szkoda gadać.

Start w niedzielnych Mistrzostwach Polski był uzależniony od tego jaka będzie nasza dyspozycja rano. Zdecydowaliśmy, że jedziemy. W sumie Psary były prawie na drodze do Krakowa, więc szkoda było odpuścić. Jak na imprezę tej rangi przeżyliśmy trochę rozczarowanie. Chaos przy zgłaszaniu - trzeba było odstać swoje przynajmniej w trzech kolejkach, opóźnienie na starcie, no i w kółko przekładana przez dobre 2 godziny dekoracja... Trasa, jak trasa - bardzo podobnie jak rok temu. Na pewno super zabezpieczona. Ja podszedłem czysto treningowo, jednak noga po sobotniej jeździe była jak z betonu i na hopki, które rok temu bez problemu brałem z blata teraz nie miałem siły. Po drugim okrążeniu, gdy zostałem trochę za grupą miałem już zrezygnować, ale jeszcze jakoś się dociągnąłem i skończyłem w peletonie. Tempo nie było najwyższe, ale bardzo rwane. Na lepszy wynik można było na pewno liczyć, ale trzeba było przyjechać na świeżości. Borykająca się z doskwierającymi zatokami Dorotka tym razem trzecia wśród Pań. Zniesmaczeni zakończeniem postanowiliśmy, że za rok wygrywamy i nie czekamy na dekorację ;P

Przez te 2 dni, około 300 km i dobre 4.5 km w pionie. Mimo wielu kilometrów i bardzo nierównych dróg w końcu bez bólu pleców! No i najważniejsze, że fajnie razem spędzony weekend .

Monday, May 14, 2012

w rodzinie

Puchar Równicy pozostał w rodzinie :P Co prawda mi nie udało się obronić tytułu z zeszłego roku, ale za to Dorotka wygrała wśród dziewczyn i okazały puchar powędrował do kolekcji. Ja na pocieszenie mam wygraną na premii górskiej na Równicy.

Dawno nie było takich ciężkich warunków, gdyby nie skrócenie trasy pewnie bym zrezygnował z jazdy... Teraz trochę żałuję, że po zdobyciu premii od razu nie założyłem kurtki i jeszcze czegoś ciepłego, bo potem, jak zaczęło padać już było za późno. Jeszcze przy niebezpiecznej trasie wolałem odpuścić taką zabawę.

Start w sumie z czoła, ale początek podjazdu na Równicę gdzieś z połowy stawki - nie lubię tłoku i przepychanek. Pod górę noga jednak była, więc w miarę płynnie dojechałem do czoła, by po chwili spróbować pojechać na premię. Za mną trójka zawodników, trochę po zmianach i szybko odjechaliśmy od głównej grupy. Na wypłaszczeniu pierwszy sprint rozpoczął Sławomir Kohut i on pierwszy wjechał na premię. Ja tuż za nim. Potem w dół. Zgodnie z planem bardzo spokojnie czekając na goniący peleton. Szybko przez Ustroń i wylatujemy na opłotkowe dróżki... Mam lekkie problemy, bo co chwilę trzeba wyhamowywać i rozkręcać, a na wąskiej dróżce, gdzie nie widać czy coś jedzie z przeciwka jakoś teraz daje mi to dużo do myślenia... Górka przed Skoczowem i jestem z powrotem w grupie. Zaczyna kropić...

Kładka. Jeden z pierwszych zawodników zalicza krzaki... Ja ledwo utrzymuje rower za żwirze, a potem jestem bliski spotkania z parkowym drzewem (sic!). Na lekko wilgotnym asfalcie o poślizg bardzo łatwo. Pada co raz mocniej, co raz większe dziury, co raz zimniej. Ochota do jazdy przechodzi mi co raz bardziej. Przed bufetem dojeżdżam jeszcze do czoła, ale potem, gdy po zjeździe na wąskim mostku drogę tarasuje ciężarówka myślę, że ostatecznie nie warto... Ubieram kurtkę i spokojnie jadę dalej, tak naprawdę z zamiarem jak najszybszego dotarcia do auta. Okazuje się jednak, że trasa zostaje skrócona, więc "powiedzmy", że było po drodze. Mijają mnie kolejne grupki. Podjazd pod Leszną spokojnie, wiedziałem, że można było tego dnia powalczyć... Zjazd stamtąd bardzo ostrożnie. W tym roku jazda na przednim kole pewnie skończyła by się szlifami.

Jest Ustroń. Jest zimno. To wyjadę sobie jeszcze na Równice, żeby się trochę rozgrzać - i tak nie mam kluczyków. Przynajmniej odrobiłem trochę pozycji. Na górze tylko rzucam - Jest coś ciepłego? Nie ma. Więc od razu w dół. Jeszcze parę słów otuchy dla słoneczka i omijając zjazd po kostce jestem w centrum Ustronia. Trochę trzeba będzie poczekać, więc na tymczasowe parkowsiko wybieram Lidla ;)

Szczękając zębami czekam na otwarcie auta. Gorąca czekolada, obiad i jest ok. Trochę szkoda, ale na okazję na to, żeby się sprawdzić poczekam na lepsze warunki. Życia żal.

Monday, May 7, 2012

zaręczynowo - wyścigowo


Tradycyjny długi majowy weekend był pełen atrakcji wszelkiego rodzaju. Właściwie mozna uznać, że wszystko zaczęło się jeszcze w ostatni "normalny" kwietniowy weekend. Dla rodziców zaplanowaliśmy mała niespodziankę i przy okazji wspólnego obiadowego grilla ogłosiliśmy zaręczyny :)

W niedzielę opróżnialiśmy moje mieszkanie w Wieliczce i przy okazji wzięliśmy udział w uphillu organizowanym przy okazji zlotu rowerowego na ulicy Podgórskiej w Solnym Mieście. W sumie dla mnie był to pierwszy start w tym roku. Głowa była trochę zajęta innymi sprawami, noga jeszcze nie ta, ale pierwsze "ogórkowe" podium zostało zaliczone. W poniedziałek krótki przerywnik w postaci pracy i wieczorny wyjazd do Nysy na dłuższe wakacjowanie. I na pewno nie było to leżenie do góry brzuchem :) Już we wtorek rano pierwszy poważniejszy start w czeskiej Vidnavie. 3 okrążenia na hopkowatej trasie w mocnym, wyścigowym tempie, 16 miejsce open i 4 w kategorii. Do pudła zabrakło kilka sekund, ale przejazd w głównej grupie cieszył nawet bardziej - takiego przeciągnięcia było właśnie trzeba. Po wyścigu planowaliśmy przejażdżkę na Pradziada, ale trochę przegoniły nas wiosenne burze.

Trzeciomajowy czwartek przeznaczony był na czasówkę w Żmigrodzie. Dzień wcześniej do Nysy zawitała brać bikeholikowa, co by lepiej wypocząć przed startem. Po czasówce było mi trochę przykro. W tym roku, w takich zawodach chciałem się naprawdę sprawdzić, a wystarczyła chwila i to wszystko prysło, i przesunęło się na bliżej nieokreśloną przyszłość. Na zwykłym rowerze ciężko było powalczyć z czasowcami. Ostatecznie miejsce, gdzieś pod koniec trzeciej dziesiątki. Z jednej strony wiem, że powinienem się był cieszyć, że mogłem mocno pocisnąć i przejechać całość w dobrym tempie, ale z drugiej żal straconej szansy jakoś nie pozwalał się do końca uśmiechnąć. W drodze powrotnej spotykamy się jeszcze z przyjaciółką Dorotki we Wrocławiu i lądujemy w Nysie. Uśmiech powraca.

Piątek regeneracyjne-rodzinny. Krótka przejażdżka, odwiedziny dziadków i rodziny. A w sobotę wczesna pobudka i wyjazd na maraton do Radkowa, na ostatni planowany weekendowy test. Tym razem miały być dłuższe górki. Szkoda tylko, że trasa po prostu fatalnie dziurawa i z szczerej chęci przejechania dystansu mega zrezygnowałem po jednym okrążeniu zaliczając tylko dystans mini. Szkoda było pleców i sprzętu. Miałem trochę niesmak, ale koniec końców wygraliśmy z Dorotką, tak jak planowaliśmy :P, dodatkowo Dorotka była 19-sta open. Po maratonie dłuuugie czekanie na zakończenie, które odbywało się w strugach deszczu... Przynajmniej powrót był w przepięknej burzowej aurze. Na niedzielę planowaliśmy początkowo ponowny wyjazd do Radkowa na uphill, jednak po tym jak go odwołali udaliśmy się z powrotem do Krakowa, gdzie Dorotka wystartowała w maratonie Skandii wygrywają dystans mini w K-2.

Wzbogaciliśmy się o trochę pucharków i medali, w 8 dni Dorotka zaliczyła 5 startów i 5 pudeł :), dla mnie "tylko" 4 starty, ale dużo radości. Mam nadzieje, że sportowo teraz będzie już tylko do góry, bo poza tym jest tak po prostu pięknie.

Tuesday, September 6, 2011

road trophy

To miała być jedna z najważniejszych i zarazem najprzyjemniejszych imprez sezonu i pomimo wielu obaw i niepewności Road Trophy 2011 taką imprezą było! Jedyna, niestety, etapówka, w której można wystartować z czysto amatorskim statusem, 3 dni ścigania, po czasami aż za nadto górzystych beskidzkich trasach, fajna atmosfera i dobre ściganie - wszystko to złożyło się na zdecydowanie pozytywne wrażenia na zakończenie. Wynik sportowy też lepszy niż przed rokiem, druga pozycja open w generalnej klasyfikacji - „co by było gdyby...” za chwilę...

Przed pierwszym etapem wahałem się, jaką strategię obrać na wyścig. Atakować od początku czy próbować się oszczędzać i czekać na końcówkę. Strome ściany, które czekały na nas każdego dnia nie zapowiadały sielanki w żadnym momencie i tak też było. Jak tylko padł sygnał do startu zaczęła się zabawa. Pierwszy podjazd pod Kubalonkę od razu pokazał, z kim trzeba się będzie liczyć i nie było tu żadnego zaskoczenia – Tomek Drożdż, Kuba Perzyna i jeszcze kilku dochodzących zawodników. W Wiśle jest większa grupka, ale w odróżnieniu od sytuacji na „Pętli” wszyscy są skorzy do współpracy i podwójnym wachlarzem zmierzamy w kierunku Salmopolu. Na podjeździe od początku mocne tempo dyktuje Tomek Drożdż i w pewnym odjeżdża od peletoniku, a ja postanawiam za nim skoczyć. Tomek dalej pnie się mocno w górę już ze mną na kole, przed samą końcówką wychodzę do przodu, żeby pokazać, że jedziemy we dwóch. Na górze mamy niezłą przewagę i pomykamy w dół. Zgodnie współpracując przemykamy szybko przez Szczyrk i odbijamy z głównej drogi, pogoni za nami, póki co nie widać. Niestety tutaj dopada mnie pech... Dziura, mocne uderzenie i wylatuje mi pełny bidon. Jesteśmy dopiero w połowie trasy, więc muszę się zatrzymać go podnieść. Niestety pierwszego dnia nie towarzyszył nam jeszcze Grzegorz Golonko i nie mieliśmy zaopatrzenia w Powerade’y – tak na pewno olał bym ten bidon, ale jazda bez wody nie skończyła by się dobrze. Byłem pewien, że za nami idzie ostry pościg, więc liczyłem też na to, że i Tomka, który pojechał sam, jeszcze dogonimy. Nie wiedziałem wtedy, że w Szczyrku w kraksie leżał Kuba, a z nim zatrzymał się Andrzej Widziewicz, co z pewnością miało spory ujemny wpływ na siłę goniącego peletonu. Zaraz przed bufetem na hopce przed sobą widzę jadącego samotnie Tomka, a za sobą w podobnej odległości grupę. Czekam. Na bufecie grupa się niestety trochę rozjechała, wszyscy chcą złapać kubek z wodą... Potem już sam zawaliłem. Lekki podjazd pod „bunkry”, do przodu wyrywa trójka zawodników, z lekką przewagą przejeżdża szczyt i szybko mknie w dół. Z tyłu niestety nie udaje się zebrać do szybkiego skasowania śmiałków i wspomniana trójka, m.in. z Wojtkiem Kwiatkiem i Łukaszem Stasikowskim odjeżdża. Zostaje Kamesznica. Chętnych do współpracy nie ma już wcale. Staram się sam zminimalizować straty. Na ostatniej ścianie widać jadącą trójkę, a właściwie dwójkę, bo trzeci zawodnik został pokonany przez stromiznę i idzie pieszo. Podjazd bardzo męczący, na końcu już ledwo udaje się przepychać korby i wyprzedza mnie jeszcze jadący „na świadka” dla Tomka Drożdża Lary Zębatka. Ostatecznie niespełna dwie minuty straty do zwycięzcy.

Od drugiego etapu startujemy wcześniej, czyli o 9 rano - dla mnie w sumie idealna pora, pięknie współgrająca w dobowym rytmem dnia. Na rozgrzewce jest jeszcze trochę chłodno, ale w sektorze startowym, w pełnym słońcu temperatura już wysoka ;) Etap najdłuższy, więc i tempo na początku nie najwyższe, w Milówce zjeżdża się całkiem spora grupa, co przy otwartym ruchu wprowadza trochę nerwówki. Podjazdy w Trzebuni i Rychwałdzie też nie specjalnie przerzedzają peleton. Wszyscy oszczędzają nogi na główną „atrakcję” dnia. Główna drogą na przełęcz Kocierską jest w przebudowie, więc pozostaje tylko wjechać tam boczną dróżką wśród domów... Gdy tylko odbijamy z główniejszej drogi w lewo od razu można przypomnieć sobie jak bogata jest polszczyzna. Pół peletonu przeklina organizatora :P

Ściana, która wyrosła przed nami okazała się nie taka tragiczna, jadąc spokojnie, bez zrywów i przyspieszeń można było się jakoś wydrapać na górę, choć dużo milej byłoby podążać standardową drogą. Oby za rok już remont nie stwarzał okazji do ponownego odwiedzenia ulicy Widokowej. Na szczycie jest nas bodajże sześciu i w nagrodę za męczarnie mamy piękny zjazd w kierunku Andrychowa. Oczywiście, żeby nie było za łatwo, jak tylko kończy się zjazd skręcamy w lewo i pniemy się znów pod górę na Targanice. Tym razem też stromo, ale nie aż tak bardzo i też dużo krócej. Zostaje nas czterech i pozwalającym (nawet za bardzo) rozwinąć skrzydła zjazdem zmierzamy do Porąbki. Gdy wypadamy na główną drogę do Żywca zaraz za nami jest spora grupa pościgowa, co w naturalny sposób powoduje zmniejszenie tempa. Na hopkach w Tresnej odjeżdża dwójka zawodników, jeden szybko rezygnuje, a drugi próbuje sił aż do Szczyrku. Drużyna lidera nadaje jednak wystarczająco mocne tempo, tak że samotny odjazd był skazany na niepowodzenie. Od Szczyrku mamy już tylko góra – dół. Orle gniazdo, potem Salmopol, zameczek i podjazd na metę na Ochodzitą. Na Salmopolu mam już lekkie problemy z utrzymaniem tempa, a gdy robi się bardziej stromo na zameczku w Wiśle postanawiam jechać swoim tempem. Jest nas wtedy już tylko czterech. Zaraz po mnie od uciekających Tomka Drożdża i Kuby Perzyny odpada Wojtek Kwiatek. Na szczycie podjazdu dojeżdżam do Wojtka i razem próbujemy zmniejszyć około pół minutową stratę. Szybki zjazd przez Stecówkę i do mety zostaje nam tylko kilka schodów, na najbardziej stromym odrywam się od Wojtka i końcówkę pokonuje sam, żeby na mecie zameldować się z trochę ponad minutową stratą za zwycięskim Kubą, który pomimo piątkowych szlifów pokazuje, na co go stać.

Trochę potwierdziły się moje obawy, że 39x25 to będzie za mało. Wszystko szło wyjechać, ale na najdłuższym etapie noga już była na za bardzo zmęczona na końcówkę. Po etapie drugim, w generalce awansowałem na drugie miejsce, ale do prowadzącego Tomka miałem już 3 minuty straty i tylko szaleńczy atak i liczenie na słabszy dzień przeciwnika mogły przynieść końcowe zwycięstwo. Nic takiego jednak nie miało miejsca.

Etap trzeci zaczął się od razu od kilku mocnych akcentów, podjazd po płytach pod Koczy Zamek, ekstremalnie stromy zjazd do Kamesznicy i stromy wyjazd boczną drogą poznaną na „Pętli” do Lalików. Pierwsze 10 kilometrów wyłoniło już grupkę, która w całości dojechała do końca. Najbardziej zależało Andrzejowi, który dążył do odrobienia 7 minutowej straty w kategorii B, która pozostała jeszcze z pierwszego pechowego etapu. Zgodnie współpracując pokonujemy Nieledwię, wjeżdżamy do Czech i szybko lecimy przez Jablunkov z powrotem do Polski. Cieszę się, że moje pierwotne sugestie zostały wzięte pod uwagę i końcówka trzeciego etapu nie była rozgrywana po ekstremalnych stromiznach, ale bardziej klasycznym podjazdem. Zaraz za granicą próbuję zaatakować, ale poprawka Tomka jasno pokazuje, że o zwycięstwie w generalce należy zapomnieć. Nasza szóstka jeszcze się zjeżdża, ustalamy, że ścigamy się do karczmy na Ochodzitej i heja... Taniec zaczyna Kuba Perzyna atakując na serpentynach w Koniakowie. Sytuację cały czas kontroluje Tomek. Ja akurat z szóstej pozycji mam lekkie problemy, żeby mocno przyspieszyć – już mocno czuć trudy ścigania. Swoim tempem dochodzę do Wojtka Kwiatka i zbliżam się do prowadzącej dwójki. Poprawia Tomek, do niego próbuje doskoczyć znów Kuba. Jednak Tomek jest zdecydowanie najmocniejszy i niezagrożenie zbliża się do szczytu, ja jeszcze zaciskam zęby, kilka zębów w dół i mijam szczyt jako drugi. Trzeci jest Kuba, którego (trochę mało kulturalnie) na kresce 500 metrów dalej mija jeszcze Wojtek.

Drugim miejscem trzeciego dnia potwierdzam też drugą pozycję w klasyfikacji generalnej. Ostatnia dekoracja, w końcu małe, niesłodkie co-nieco i miłe spotkanie wieczorem ;) Żal było wyjeżdżać, takich imprez zdecydowanie nam brakuje! Pięknie dopisała pogoda, zdecydowanym krokiem naprzód było wprowadzenie elektronicznego pomiaru czasu, do pełni szczęścia brakuje jeszcze tylko przynajmniej częściowego ograniczania ruchu na trasie. Sportowo też było bardzo ciekawie, trudne trasy, mocne tempo i niepowtarzalna atmosfera kolarskiego, kilkudniowego święta. Zdecydowanie zasłużenie wygrał Tomek Drożdż, można gdybać, co by było gdybym na pierwszym etapie nie zgubił bidonu, a Kuba nie leżał w kraksie, ale okazja do rewanżu, mam nadzieję, będzie za rok!