Pięknie to było powiedziane. Każde kolejne wyzwanie, nawet największa trudność powinna być brana jako próg, który trzeba pokonać, żeby wkroczyć do lepszego świata. Nie ważne na jakiej płaszczyźnie to będziemy rozpatrywać. I tak wiara w to, że idziemy ku dobremu jest najważniejsza.
W sobotę, po miesięcznej przerwie w startach pojechałem do Rajczy, żeby jeszcze spróbować coś powalczyć w RoadMaratonie. Niestety sam. Ale ważniejsze było, że trzeba było poszukać uśmiechu i pozytywnej energii na najbliższy czas. To się na pewno udało - wracałem uśmiechnięty i gotowy się dzielić radością.
Sam start w sumie całkiem udany. Co prawda na jakieś 20 km przed metą opuściły mnie siły i walkę o wyższą pozycję musiałem odpuścić, ale i tak byłem zadowolony. Dawno nie przejechałem takiego dłuższego kawałka w przyjemnej pogodzie i przy dobrej współpracy. Co prawda niektórzy musieli się szybko nauczyć jazdy na podwójnym, ale potem szło już bardzo sprawnie i szybko :) Trasa nie była zbyt górska, bo najbardziej mnie wymęczyły hopki i wiatr, ale taki urok tamtych okolic. Jedyny minus to początek. Gdy na odcinku "rozprowadzającym" po podjeździe na Kotelnicę najpierw karetka nie mogła uciec przed peletonem, a potem niby nową drogę tarasowały koparki ją wykańczające, a ten nowy asfalt pokryty był błotem i kamieniami...
Na koniec sezonu standardowo chyba będzie kilka czasówek, bo w Bieszczady tego roku też już nie ma po co jechać.
Showing posts with label Rajcza Tour. Show all posts
Showing posts with label Rajcza Tour. Show all posts
Monday, September 17, 2012
Saturday, August 13, 2011
toury
W piątek zaczęła się zabawa. Rano start w Tour de Pologne amatorów. Pozostał trochę niedosyt, bo przez organizację startu wyścig był kompletnie nieczytelny... Trochę pobawiłem się w gregario, ciągnąc cały Ząb i potem trochę Sierockie i Bukowinę. Mieliśmy mocną grupę, ale brak informacji o tym jak idzie startującym w innych sektorach spowodował, że ściągając i czarując się między sobą straciliśmy za dużo czasu. Zdecydowanie zabrakło mocnej współpracy w Czerwiennym. Mimo to i tak jazda była przyjemna, a naszym tempem też pierwsze rundy jechali zawodowcy. Ostatecznie ósme miejsce open. Po wyścigu wycieczka na Gliczarów i dopingowanie zawodników. Niestety dopiero na ostatniej rundzie było prawdziwe ściganie i wtedy było widać ogromny wysiłek, jaki trzeba było włożyć w tą ściankę.
Sobotni dzień był przeznaczony na Rajcza Tour. Na początek wspólny start obu dystansów, czyli ponad 200 luda i pełno „trzepaków”... Na podjeździe na Kotelnicę z Nieledwi spokojnie do przodu, żeby kolejny podjazd wąską, leśną droga jechać już z przodu. Do mety daleko, więc nikomu nie chce się jeszcze jechać, tempo spada, zjeżdża się bardzo duża grupa. Ruch otwarty, więc zaczyna być (nie)ciekawie. U Poloka idzie już konkretniejsza selekcja, tak że po rozjeździe dystansów jest już w miarę komfortowa grupa, ale jak zwykle większość patrzy tylko jak tu się oszczędzać... Przysłop bez szaleństw kontrolując tempo Tomka Drożdża. W Zawoi już wiele osób czeka z niecierpliwością na bufet. Ustalamy, że staniemy „pokojowo” wszyscy. Niestety niektórzy robić tego nie potrzebowali, bo „stołowali” się z jadącego samochodu, a bufet wykorzystali na to, żeby zdobyć przewagę... Z Krowiarek aż do Jabłonki gonimy kolegów Drożdża i Kozioła jadąc blisko 50 km/h po zmianach. Dogonić się udało, ale gonitwa mnie osobiście kosztowało to bardzo wiele wysiłku i krzyków, żeby zorganizować odpowiednio pogoń. Na Słowacji hopki i wiatr, dobrze, że tempo spada. Na ostatnim podjeździe na granicę słowacko-polską zastanawiamy się czy w końcu finisz jest na górze czy w Rajczy. Trochę skoków, ale dość mało konkretnych, więc grupa się trzyma w całości razem. Przed Rajczą próbuję 2 razy skoczyć mając świadomość, że finisz w mieście jest fatalnie umiejscowiony. Odjechać się nie udaje. Rajcza – rondo, 3 zakręty 90 stopniowe na ostatnich metrach... porażka. Nie ma sensu ryzykować. 7 open i 4 w kategorii, właściwie z czasem zwycięzcy. Niestety znowu powtarza się sytuacja, że korzystający z nieregulaminowej pomocy zajmują czołowe miejsca... A dodatkowo fatalna organizacja mety i niezrozumiale słaba praca sędziów spowodowały, że radość w sumie niezłego wyścigu została dla mnie całkiem zepsuta.
W poniedziałek rano wracam do domu i potem prosto do pracy...
Labels:
Gemer Tour,
Rajcza Tour,
Roznava,
Tour de Pologne amatorów
Subscribe to:
Posts (Atom)