Już na nie tak odległym horyzoncie majaczy wrześniowa wyprawa w Himalaje. Tym razem bez roweru. A to oznacza, że trzeba przygotować się do troszkę innego wysiłku. Nie ma obaw jeśli chodzi o wspinaczkę do góry, ale zejścia będą kosztowały nas trochę. Dlatego też zaczęliśmy powoli poważniej myśleć o pieszych wędrówkach. Po krótkiej trasie w Sierra Nevada, wykorzystaliśmy pobyt w Sierra de Grazalema na zaliczenie dwóch okolicznych szczytów - Simancon y Reloj. Większość udało nam się przejść zgodnie z trasa opisana w przewodniku, pomimo tego, że brak drogowskazów i oznaczeń nie ułatwia zadani w wielu miejscach. Było też zejście na przełaj z "zegara".
Popołudniu udało nam się wykorzystać zaproszenie do restauracji 'El Torreon' w Grazalemie, wygrane jeszcze w zeszłym roku podczas zawodów w tej miejscowości. Zaserwowaliśmy sobie trochę lokalnej dziczyzny. Po obiedzie zjechaliśmy do miejscowości Benahamona na nocleg i odpoczynek przed zawodami Patacabra.
Co prawda, nie było to to samo, co za pierwszym razem, gdy można było pościgać się na długiej, prawie 200 kilometrowej trasie, ale i tak podjazd na Puerto de las Palomas w 40 stopniach nie należy do najłatwiejszych. Dorotka wygrała wśród pan, a ja bylem trzeci za plecami mistrza Hiszpanii masters 30 w MTB i także mistrza masters 30 tylko, że na szosie... Po kończącej imperezę paelli ponownie zostałem poproszony o wywiad dla radia Ubrique. Ostatnim razem udzielałem go po angielsku i pewna Pani tłumaczyła to na hiszpański. Tym razem jakoś poszło po hiszpańsku :P
Tuesday, July 12, 2016
Tuesday, June 28, 2016
sierra nevada chill out
Zawsze chciałoby się mieć więcej. Ale zawsze też trzeba mierzyć wysoko, bo bez tego więcej na pewno nie będzie. Mierząc wysoko trzeba również być przygotowanym na upadki i, co ważniejsze, na wyciąganie z nich wniosków na przyszłość.
Czerwiec obfitował w górzyste starty i dawało to nadzieję na dobre rezultaty. Jednak rzeczywistość była trochę inna i większą część miesiąca zabrała nauka wyciągania wniosków. Trasa trzech szczytów w Gergal i ultra dystans La Indomable kosztowały mnie wiele wysiłku, tak że trzy dni po zawodach w Berja ledwo co moglem wjechać pod górkę do domu... Moje wyniki też dużo poniżej oczekiwań.
Coś drgnęło dopiero w Almunecar na zawodach Cota 1200, a już całkiem dobrze było na Sierra Nevada Limite. Co prawda nie udało się obronić wygranej na dystansach 'Oro', ale w tym roku stawka była też dużo mocniejsza. Jednak z tego ostatniego startu i całego pobytu w górach jestem zadowolony. Tym bardziej, że Dorotka czuje się lepiej niż w zeszłym roku, co widać też po wynikach i na domowej półce z pucharkami ;)
Tegoroczny sezon kolarski zbliża się powoli do końca. We wrześniu jedziemy na podróż poślubną, której de facto nigdy nie mieliśmy. Jedziemy zobaczyć jeszcze wyższe góry.
Czerwiec obfitował w górzyste starty i dawało to nadzieję na dobre rezultaty. Jednak rzeczywistość była trochę inna i większą część miesiąca zabrała nauka wyciągania wniosków. Trasa trzech szczytów w Gergal i ultra dystans La Indomable kosztowały mnie wiele wysiłku, tak że trzy dni po zawodach w Berja ledwo co moglem wjechać pod górkę do domu... Moje wyniki też dużo poniżej oczekiwań.
Coś drgnęło dopiero w Almunecar na zawodach Cota 1200, a już całkiem dobrze było na Sierra Nevada Limite. Co prawda nie udało się obronić wygranej na dystansach 'Oro', ale w tym roku stawka była też dużo mocniejsza. Jednak z tego ostatniego startu i całego pobytu w górach jestem zadowolony. Tym bardziej, że Dorotka czuje się lepiej niż w zeszłym roku, co widać też po wynikach i na domowej półce z pucharkami ;)
Tegoroczny sezon kolarski zbliża się powoli do końca. We wrześniu jedziemy na podróż poślubną, której de facto nigdy nie mieliśmy. Jedziemy zobaczyć jeszcze wyższe góry.
Labels:
almunecar,
berja,
Gergal,
la indomable,
nepal,
sierra nevada,
sierra nevada limite,
tres cimas,
veleta
Thursday, June 2, 2016
pack filler
Spokojniejszy okres majowy wykorzystaliśmy na weekend wysokogórski :). Tylko 2 dni, ale w Sierra Nevada oznaczało to około 260 km i ponad 7 km przewyższenia. Mam nadzieje, że to jakoś zaprocentuje, bo w ostatni weekend zaliczyłem swoje pierwsze zawody z cyklu Copa Espana Masters i mogę powiedzieć tyle, że udało mi się je przejechać, wypełniając grupę. 120 km w 3 godziny po pagórkach w okolicy Cordoby, z cieknącym nosem od alergii. Już wiem, o czym pisał Peter Stetina. Ale... Mamy czerwiec, leczymy się i będzie dobrze.
Thursday, May 12, 2016
wypatrując słońca
Działo się dużo, ale jakoś nie było weny na nowe wpisy. Kwiecień na dobre rozpoczął sezon kolarski, tak że praktycznie co tydzień gdzieś można było się sprawdzić. Dla mnie zaczęło się bardzo dobrze czasówką w Cartamie, gdzie zabrakło tylko 7 sekund do podium. Potem, niestety, już było gorzej. Trudno powiedzieć dlaczego... W ostatnim tygodniu towarzyszył nam dodatkowo deszcz... Co niezwykłe, było go bardzo dużo, tak że wyścig w Alfarnate, który miał być pierwszym szczytem formy w tym roku, skończył się dla mnie w połowie. Powiedzieć tylko że z 400 osób zgłoszonych wystartowało koło setki, a skończyło niespełna 80...
Naszego honoru broni Dorota, która dzielnie walczy i z każdych zawodów przywozi większe lub mniejsze trofeum. Teraz, gdy roczna terapia została zakończona, powinno być jeszcze lepiej.
Teraz trochę spokojniejszego okresu, ale czerwiec zapowiada się bardzo gorąco. Przyjdzie okazja przetestować się na bardzo wymagających trasach od mistrzostw Andaluzji począwszy, przez 200 kilometrowe zawody La Indomable, aż po Sierra Nevada.
Naszego honoru broni Dorota, która dzielnie walczy i z każdych zawodów przywozi większe lub mniejsze trofeum. Teraz, gdy roczna terapia została zakończona, powinno być jeszcze lepiej.
Teraz trochę spokojniejszego okresu, ale czerwiec zapowiada się bardzo gorąco. Przyjdzie okazja przetestować się na bardzo wymagających trasach od mistrzostw Andaluzji począwszy, przez 200 kilometrowe zawody La Indomable, aż po Sierra Nevada.
Labels:
addict,
Alfarnate,
almeria,
Cabo de Gata,
Cartama,
Haza del Lino,
La Mamola,
motril
Saturday, March 19, 2016
ruta cicloturista
Ostatnie dni ubiegłorocznych wakacji wykorzystaliśmy na wakacyjny wyjazd odwiedzając różne miejsca w Almerii, regionie Murcia i kończąc w śnieżnym Sierra Nevada. Było żywiołowo zarówno w naszych poczynaniach, jak i w przyrodzie, gdyż Hiszpanię "dotknęła", pewnie ostatnia tej zimy, ola del frio.
Sol
Inaczej być nie mogło, głownie towarzyszyło nam słońce. Można powiedzieć, że nawet aż za bardzo, gdyż ostatni dzień w Sierra Nevada spędziliśmy na nartach niczym beduini okryci od stop do głów, żeby się chronić przed słońcem, które dzień wcześniej spaliło nas konkretnie. Ja teraz zmieniam wężową skórę na twarzy.
Zaczęliśmy od słonecznej Almerii, na chwile tylko chowając się pod ziemie, żeby zobaczyć schrony z czasów wojny domowej. Warto! A szczególnie z przewodnikiem!
Słońce też towarzyszyło nam podczas rowerowych zmagań wyścigowych, o których troszkę więcej na końcu.
Frio
Opuszczając prowincje Almeria, po "przejażdżce" na Alto de Velefique, w poniedziałkowe przedpołudnie dopadła nas wspomniana fala zimna. Zaczęło padać, a gdy dotarliśmy do naszego następnego przystanku, jakim była Caravaca de la Cruz temperatura przez dwa dni oscylowała w okolicach 5 stopni, a w wyższych partiach gór otaczających miasteczko spadło trochę śniegu.
Nie przeszkodziło to nam w eksploracji miasteczka, które jest jednym z najświętszych miejsc chrześcijaństwa z uwagi na relikwie drzazgi z Krzyża Chrystusowego. Udało się też zaliczyć trochę kilometrów między Caravaca a Moratalla.
Agua
Z Caravaci udaliśmy się z powrotem w kierunku morza, spędzając większość dnia w stolicy regionu Murcia. Miasto samo w sobie ładne, ale nie zrobiło na nas takiego wrażenia jak andaluzyjskie stolice.
Pod wieczór dotarliśmy do Mar Menor (Morza Mniejszego), które jest oddzielone od Morza Śródziemnego półwyspem zwanym Manga, czyli rękaw.
Ulokowaliśmy się na 13 pietrze apartamentowca... Widoki super! Samo miejsce jednak jest już idealne dla tych tylko, którzy lubują się w plażowaniu i nie odpycha ich blokowisko usytuowane przy plaży. W lecie zjawia się tam ponoć pół miliona ludzi, żeby korzystać z kąpieli w obu akwenach. Woda w Morzu Mniejszym ponoć dochodzi do 38 stopni.
Viento
Wiatr był dodatkowa "atrakcja" naszego pobytu nad Morzem Mniejszym. Duło tak, że jadąc na rowerze ciężko było poruszać się do przodu, a zawracanie wymagało umiejętności akrobatycznych.
Zapewne wiatr to urok położenia półwyspu, gdyż już w oddalonej o kilkanaście kilometrów Cartagenie, położnej w strategicznej zatocze wykorzystywanej od Fenicjan aż do wojny domowej, panowała cisza.
Sama Cartagena, pomimo ze historycznie doświadczyła wiele, nie rozkochała w sobie od pierwszego wejrzenia. Być może przez to, ze przez pokolenia kolejne budowle były wznoszone na ruinach innych miasto poza kilkoma zakątkami wygląda jakby było zaniedbane.
Cartagena była naszym ostatnim przystankiem w regionie Murcia. Stamtąd udaliśmy się do Nijar, znów do Almerii, żeby wziąć udział w pierwszej edycji Vuelta Cicloturista a Almeria.
Na zakończenie tejże znów towarzyszył nam wiatr, z którym trzeba było się zmagać przez ostatnie 20 kilometrów trzeciego etapu zawodów.
Nieve
Po zawodach, z miejscowości Tabernas pojechaliśmy prosto do Pradollano położonego wysoko w Sierra Nevada. Powyżej 2000 metrów n.p.m. leży całkiem sporo śniegu, tak że otwartych jest nawet więcej tras narciarskich niż pamiętamy z zeszłego roku. Przez dwa dni całkiem zapomnieliśmy o "rzeczywistości" korzystając ze świetnych warunków do jazdy. Było zarówno troszkę roweru, jak i kilkanaście bitych godzin szusowania do stokach Velety.
Bici
Punktami, które wytyczyły nasza trasę były zawody, w których braliśmy udział. W Almerii zaczęliśmy od Ruta del Andarax, gdzie oboje otarliśmy się o podium kończąc na czwartych miejscach.
Wspominana już Vuelta Cicloturista a Almeria składała się z 3 etapów i pozwoliła oprócz pojeżdżenia na wyższych obrotach lepsze poznanie naszej nowej-starej drużyny. Tym razem udało się tez wspiąć na podium, Dorotka wygrała wśród pan, a ja bylem trzeci w masters 30 i siódmy w generalce.
Przyszłoroczna Vuelta może być interesującą propozycją dla miłośników Calpe. Ostatecznie Carboneras, które ugości start edycji 2017, nie jest aż tak daleko.
W sumie oprócz zwiedzania i nart pokonaliśmy około 900 rowerowych kilometrów, w tym około 400 na zawodach.
Zdjęcia z całej wyprawy w galerii.
Sol
Inaczej być nie mogło, głownie towarzyszyło nam słońce. Można powiedzieć, że nawet aż za bardzo, gdyż ostatni dzień w Sierra Nevada spędziliśmy na nartach niczym beduini okryci od stop do głów, żeby się chronić przed słońcem, które dzień wcześniej spaliło nas konkretnie. Ja teraz zmieniam wężową skórę na twarzy.
Zaczęliśmy od słonecznej Almerii, na chwile tylko chowając się pod ziemie, żeby zobaczyć schrony z czasów wojny domowej. Warto! A szczególnie z przewodnikiem!
Słońce też towarzyszyło nam podczas rowerowych zmagań wyścigowych, o których troszkę więcej na końcu.
Frio
Opuszczając prowincje Almeria, po "przejażdżce" na Alto de Velefique, w poniedziałkowe przedpołudnie dopadła nas wspomniana fala zimna. Zaczęło padać, a gdy dotarliśmy do naszego następnego przystanku, jakim była Caravaca de la Cruz temperatura przez dwa dni oscylowała w okolicach 5 stopni, a w wyższych partiach gór otaczających miasteczko spadło trochę śniegu.
Nie przeszkodziło to nam w eksploracji miasteczka, które jest jednym z najświętszych miejsc chrześcijaństwa z uwagi na relikwie drzazgi z Krzyża Chrystusowego. Udało się też zaliczyć trochę kilometrów między Caravaca a Moratalla.
Agua
Pod wieczór dotarliśmy do Mar Menor (Morza Mniejszego), które jest oddzielone od Morza Śródziemnego półwyspem zwanym Manga, czyli rękaw.
Ulokowaliśmy się na 13 pietrze apartamentowca... Widoki super! Samo miejsce jednak jest już idealne dla tych tylko, którzy lubują się w plażowaniu i nie odpycha ich blokowisko usytuowane przy plaży. W lecie zjawia się tam ponoć pół miliona ludzi, żeby korzystać z kąpieli w obu akwenach. Woda w Morzu Mniejszym ponoć dochodzi do 38 stopni.
Viento
Wiatr był dodatkowa "atrakcja" naszego pobytu nad Morzem Mniejszym. Duło tak, że jadąc na rowerze ciężko było poruszać się do przodu, a zawracanie wymagało umiejętności akrobatycznych.
Sama Cartagena, pomimo ze historycznie doświadczyła wiele, nie rozkochała w sobie od pierwszego wejrzenia. Być może przez to, ze przez pokolenia kolejne budowle były wznoszone na ruinach innych miasto poza kilkoma zakątkami wygląda jakby było zaniedbane.
Cartagena była naszym ostatnim przystankiem w regionie Murcia. Stamtąd udaliśmy się do Nijar, znów do Almerii, żeby wziąć udział w pierwszej edycji Vuelta Cicloturista a Almeria.
Na zakończenie tejże znów towarzyszył nam wiatr, z którym trzeba było się zmagać przez ostatnie 20 kilometrów trzeciego etapu zawodów.
Nieve
Po zawodach, z miejscowości Tabernas pojechaliśmy prosto do Pradollano położonego wysoko w Sierra Nevada. Powyżej 2000 metrów n.p.m. leży całkiem sporo śniegu, tak że otwartych jest nawet więcej tras narciarskich niż pamiętamy z zeszłego roku. Przez dwa dni całkiem zapomnieliśmy o "rzeczywistości" korzystając ze świetnych warunków do jazdy. Było zarówno troszkę roweru, jak i kilkanaście bitych godzin szusowania do stokach Velety.
Bici
Punktami, które wytyczyły nasza trasę były zawody, w których braliśmy udział. W Almerii zaczęliśmy od Ruta del Andarax, gdzie oboje otarliśmy się o podium kończąc na czwartych miejscach.
Wspominana już Vuelta Cicloturista a Almeria składała się z 3 etapów i pozwoliła oprócz pojeżdżenia na wyższych obrotach lepsze poznanie naszej nowej-starej drużyny. Tym razem udało się tez wspiąć na podium, Dorotka wygrała wśród pan, a ja bylem trzeci w masters 30 i siódmy w generalce.
Przyszłoroczna Vuelta może być interesującą propozycją dla miłośników Calpe. Ostatecznie Carboneras, które ugości start edycji 2017, nie jest aż tak daleko.
W sumie oprócz zwiedzania i nart pokonaliśmy około 900 rowerowych kilometrów, w tym około 400 na zawodach.
Zdjęcia z całej wyprawy w galerii.
Subscribe to:
Posts (Atom)
