Już na nie tak odległym horyzoncie majaczy wrześniowa wyprawa w Himalaje. Tym razem bez roweru. A to oznacza, że trzeba przygotować się do troszkę innego wysiłku. Nie ma obaw jeśli chodzi o wspinaczkę do góry, ale zejścia będą kosztowały nas trochę. Dlatego też zaczęliśmy powoli poważniej myśleć o pieszych wędrówkach. Po krótkiej trasie w Sierra Nevada, wykorzystaliśmy pobyt w Sierra de Grazalema na zaliczenie dwóch okolicznych szczytów - Simancon y Reloj. Większość udało nam się przejść zgodnie z trasa opisana w przewodniku, pomimo tego, że brak drogowskazów i oznaczeń nie ułatwia zadani w wielu miejscach. Było też zejście na przełaj z "zegara".
Popołudniu udało nam się wykorzystać zaproszenie do restauracji 'El Torreon' w Grazalemie, wygrane jeszcze w zeszłym roku podczas zawodów w tej miejscowości. Zaserwowaliśmy sobie trochę lokalnej dziczyzny. Po obiedzie zjechaliśmy do miejscowości Benahamona na nocleg i odpoczynek przed zawodami Patacabra.
Co prawda, nie było to to samo, co za pierwszym razem, gdy można było pościgać się na długiej, prawie 200 kilometrowej trasie, ale i tak podjazd na Puerto de las Palomas w 40 stopniach nie należy do najłatwiejszych. Dorotka wygrała wśród pan, a ja bylem trzeci za plecami mistrza Hiszpanii masters 30 w MTB i także mistrza masters 30 tylko, że na szosie... Po kończącej imperezę paelli ponownie zostałem poproszony o wywiad dla radia Ubrique. Ostatnim razem udzielałem go po angielsku i pewna Pani tłumaczyła to na hiszpański. Tym razem jakoś poszło po hiszpańsku :P
Showing posts with label Grazalema. Show all posts
Showing posts with label Grazalema. Show all posts
Tuesday, July 12, 2016
Thursday, October 22, 2015
szczęśliwa trzynastka
Być może powinna być 31-ka, aczkolwiek obie cyferki przeplatały się nawzajem podczas ostatniego, ciut dłuższego dla nas, weekendu. Urodzinowy czwartek, pomimo że pracujący, został uczczony wczesnym wieczorem szybką czasówką na Fuente de la Reina i zajadaniem się później kilkoma rodzajami tortów przygotowanymi przez Dodusia.
W piątkowy poranek udaliśmy się do naszej ulubionej Grazalemy. Zaliczywszy po drodze wizytę w serwisie Makinon Bikes i krótką przejażdżkę wzdłuż jeziora koło Zahara de la Sierra dotarliśmy mniej więcej na obiad.
Sobotni poranek powitał nas jeszcze słońcem. Pozostało tylko zaciskać kciuki, żeby udało nam się zdążyć zakończyć zawody organizowane przez klub z Grazalemy przed zapowiadanymi ulewami. A same zawody należą do wąskiej grupy tych, w których, od naszego przyjazdu, bierzemy udział co roku. Czyli tym razem już po raz trzeci. Jak do tej pory był to też najbardziej udany dla nas start, gdyż oboje wygraliśmy w naszych kategoriach, a mi dodatkowo udało się być 2-gim w generalce. Szczęście nie opuściło mnie do końca. Padać zaczęło, gdy postawiłem stopę na parkingu przed hotelem... Na Dodusia troszkę pokropiło, ale i tak niewiele, w porównaniu z tym co było później.
Chwilowo tropikalne ulewy miały jednak też swój urok. Feria barw i kolorów stwarzały super warunki fotograficzne. Niedzielę spędziliśmy więc na eksploracji dotąd niewidzianych miejsc w okolicy. Byliśmy w rzymskich ruinach Ancipino, Setenil - miasteczku przyklejonym do skały i na koniec w Ardales, reklamowanego teraz jako brama do Camenito del Rey.
A teraz wciskamy przycisk reset. Na kilka dni jedziemy do Polski - bez rowerów :P.
I zapomniałem. Nasz hotelowy pokój to 13-tka.
W piątkowy poranek udaliśmy się do naszej ulubionej Grazalemy. Zaliczywszy po drodze wizytę w serwisie Makinon Bikes i krótką przejażdżkę wzdłuż jeziora koło Zahara de la Sierra dotarliśmy mniej więcej na obiad.
Sobotni poranek powitał nas jeszcze słońcem. Pozostało tylko zaciskać kciuki, żeby udało nam się zdążyć zakończyć zawody organizowane przez klub z Grazalemy przed zapowiadanymi ulewami. A same zawody należą do wąskiej grupy tych, w których, od naszego przyjazdu, bierzemy udział co roku. Czyli tym razem już po raz trzeci. Jak do tej pory był to też najbardziej udany dla nas start, gdyż oboje wygraliśmy w naszych kategoriach, a mi dodatkowo udało się być 2-gim w generalce. Szczęście nie opuściło mnie do końca. Padać zaczęło, gdy postawiłem stopę na parkingu przed hotelem... Na Dodusia troszkę pokropiło, ale i tak niewiele, w porównaniu z tym co było później.
Chwilowo tropikalne ulewy miały jednak też swój urok. Feria barw i kolorów stwarzały super warunki fotograficzne. Niedzielę spędziliśmy więc na eksploracji dotąd niewidzianych miejsc w okolicy. Byliśmy w rzymskich ruinach Ancipino, Setenil - miasteczku przyklejonym do skały i na koniec w Ardales, reklamowanego teraz jako brama do Camenito del Rey.
A teraz wciskamy przycisk reset. Na kilka dni jedziemy do Polski - bez rowerów :P.
I zapomniałem. Nasz hotelowy pokój to 13-tka.
Labels:
Ancipino,
Ardales,
Fuenta de la Reina,
Grazalema,
Las Palomas,
Setenil
Tuesday, October 28, 2014
przełomowo
Do końca zbliża się czas naszego pobytu w samym centrum Malagi. Nowe miejsce już jest zaklepane, na razie z nastawieniem na przezimowanie. Będziemy mieć bardzo blisko do pracy, więc powinniśmy wygospodarować też czas na inne rzeczy. I... no właśnie! Będziemy! Dorotka dołączyła także do Riplife.
Ostatni czas to też kilka innych przełomów. Dla mnie 30-tka, dla nas 2-ga rocznica ślubu i za chwile 3-cia "oficjalnej" znajomości.
Zamknęliśmy też sezon. Okres malageński obfitował w sukcesy. Jak liczyliśmy wczoraj przez te 2 miesiące przybyło w sumie 13 pucharków... Ostatnie dwa występy w Grazalemie i Jimenie połączyliśmy z wizytami w okolicznych "pueblos blancas". Linki do galerii już gdzieś fruwały, ale ta z Zahary i Grazalemy jest tutaj, a ostatnia z Jimeny tutaj. Znów widzieliśmy Skałę, ale nie było nostalgicznego żalu, raczej cieszymy się, i wszystko wygląda na to, ze zrobiliśmy krok naprzód.
Ostatni czas to też kilka innych przełomów. Dla mnie 30-tka, dla nas 2-ga rocznica ślubu i za chwile 3-cia "oficjalnej" znajomości.
Zamknęliśmy też sezon. Okres malageński obfitował w sukcesy. Jak liczyliśmy wczoraj przez te 2 miesiące przybyło w sumie 13 pucharków... Ostatnie dwa występy w Grazalemie i Jimenie połączyliśmy z wizytami w okolicznych "pueblos blancas". Linki do galerii już gdzieś fruwały, ale ta z Zahary i Grazalemy jest tutaj, a ostatnia z Jimeny tutaj. Znów widzieliśmy Skałę, ale nie było nostalgicznego żalu, raczej cieszymy się, i wszystko wygląda na to, ze zrobiliśmy krok naprzód.
Thursday, October 31, 2013
bawełna
Ostatni dzień czasu letniego zaskoczył nas deszczem i magicznym zachodem słońca. Był to właściwie pierwszy taki prawdziwie deszczowy dzień od kilku miesięcy. Udało się tylko wyjść na wieczorny spacer, ale za to był to spacer, podczas którego bardzo żałowaliśmy, że nie wzięliśmy aparatu... Potrójna tęcza, wszystkie odcienie nieba, super widoczność, pięknie...
Pierwszy dzień czasu zimowego, a zarazem nasza pierwsza rocznica, przywitała nas pięknym słońcem i miłym chłodkiem, gdy byliśmy na ostatnie zawody w tym roku w naszej ulubionej Grazalemie.
Trasa, którą pokonaliśmy podczas wakacji we wrześniu, tym razem ze względu na przeziębienie była dla mnie dużo trudniejsza. Ostatni podjazd na Los Palomas w tempie wyścigowym zdecydowanie poniżej oczekiwań, ale trzeba przyznać też, że stawka bardzo mocna. Kilku mistrzów Andaluzji w MTB, zwycięzca z Sierra Nevada i inni. Normalnie pewnie można by powalczyć o pierwszą piątkę, skończyło się jednak 16-tym miejscem open. Dorotka w pięknym stylu druga wśród pań. Szybko kręcącego Dodka widać już z daleka :)
Po powrocie do domu zdmuchnęliśmy naszą pierwszą wspólną świeczkę i spałaszowaliśmy mały torcik :). Rocznica niby bawełniana, ale patrząc wstecz, jak minął nam ten rok, na pewno jesteśmy silniejsi. Co najmniej tak jak krzaczki, na których ta bawełna rośnie także tutaj, na południ Hiszpanii.
Pierwszy dzień czasu zimowego, a zarazem nasza pierwsza rocznica, przywitała nas pięknym słońcem i miłym chłodkiem, gdy byliśmy na ostatnie zawody w tym roku w naszej ulubionej Grazalemie.
Trasa, którą pokonaliśmy podczas wakacji we wrześniu, tym razem ze względu na przeziębienie była dla mnie dużo trudniejsza. Ostatni podjazd na Los Palomas w tempie wyścigowym zdecydowanie poniżej oczekiwań, ale trzeba przyznać też, że stawka bardzo mocna. Kilku mistrzów Andaluzji w MTB, zwycięzca z Sierra Nevada i inni. Normalnie pewnie można by powalczyć o pierwszą piątkę, skończyło się jednak 16-tym miejscem open. Dorotka w pięknym stylu druga wśród pań. Szybko kręcącego Dodka widać już z daleka :)
Po powrocie do domu zdmuchnęliśmy naszą pierwszą wspólną świeczkę i spałaszowaliśmy mały torcik :). Rocznica niby bawełniana, ale patrząc wstecz, jak minął nam ten rok, na pewno jesteśmy silniejsi. Co najmniej tak jak krzaczki, na których ta bawełna rośnie także tutaj, na południ Hiszpanii.
Tuesday, September 24, 2013
wakacyjne żywioły
Tym razem będzie mniej standardowo. Na nasze krótkie wakacje w Andaluzji popatrzymy z perspektywy żywiołów, w których wir rzuciliśmy się na ten tydzień. Przez to czasami będzie trochę nie po kolei, ale mam nadzieję, że w miarę ciekawie.
Woda
Chyba, razem z niebem, była na początku, nie? W każdym bądź razie dla zachowania choć cienia układu chronologicznego zaczynam od niej. W sumie woda też spina całą naszą podróż w całość. Zaczęliśmy od pięknego wschodu słońca z okna naszego apartamentu nad Morzem Śródziemnym a skończyliśmy mocząc nóżki wieczorną porą z powrotem na „naszej” plaży. Pierwszym przystankiem naszych wakacji było Arcos de la Frontera leżące nad rzeką Rio Guadalete, gdzie po przyjeździe i parilliadzie oglądaliśmy decydujący etap Vuelty na Angrilu. Jak się potem okazało to był ostatni syty posiłek w naszym hoteliku, bo śniadania były mocno racjonowane... Mieliśmy więc też trochę wczasów odchudzających :P
W niedzielę rano udaliśmy się do Cadiz nad ocen atlantycki, gdzie przy plaży Cortadura usytuowany był start zawodów. Plaża przypominała trochę tą polską... Wydmy, biały piasek, woda z dwóch stron. Zawody w Cadiz, podobnie jak kolejne w Benalup, dość dziwne, bo większość trasy pokonuje się wspólnie, w wolnym tempie, a ściganie jest tylko na jednym podjeździe. W Cadiz liczył się podjazd na Medina-Sidonia z krótkim, płaskim dojazdem do niego. W sumie około 4 kilometrów. Zgarnęliśmy pierwsze miejsca wśród pań i panów :D A po zawodach regeneracyjna kąpiel w nagrzanym teraz oceanie.
Z wodą ponownie bezpośrednio spotkaliśmy się po przyjeździe do Grazalemy (2 dni później), która była drugim miejscem naszego pobytu. W hotelu mieliśmy do dyspozycji basen z widokiem na białe miasteczko i góry. Pięknie. Pięknie też wyglądały jeziora i zalewy, wśród których podróżowaliśmy przez kolne dni w okolicach Zahary de la Sierra i Algar.
Powietrze
Wydawać by się mogło, że trudno będzie znaleźć przykłady na doświadczenia związane w powietrzem... ale jednak było ich całkiem sporo. Najważniejsze to oczywiście urodzinowy, tandemowy skok ze spadochronem z 15 tysięcy stóp i około minuta swobodnego spadania... Fajna sprawa. Polecam centrum koło Sevilli, gdzie można spotkać wielu Polaków zarówno na kursach spadochroniarskich, jak i instruktorów będących tam na stałe.
Z mniej przyjemnych, prawie powietrznych doświadczeń były muchy w Arcos i jakiś latający potwór na zjeździe z Grazalemy, która użarł mnie w rękę, tak, że ta spuchła i zrobiła się jak dwie :)
Wydawało się, że to będzie wszystko jeżeli chodzi o powietrzne zmagania, ale ostatniego dnia musieliśmy mocno zmagać się z wiatrem. „Levant” to było słowo, które najczęściej gościło na ustach zawodników startujących w Benalup. Podjazd na Puerto Galis miejscami był mordęgą, a na zjazdach iście kaskaderką. Na wysokich kołach ciężko było zmieścić się na wąskiej drodze. Rezultaty jednak bardzo dobre. Dorotka wygrywa wśród pań, a ja jestem drugi wśród panów ustępując pola tylko Jose Alberto Benitezowi, który w nogach ma Giro, Tour i Vueltę... A ponieważ później musiał się pospieszyć i zrezygnował z jazdy z wolnym peletonem to zostałem oficjalnym zwycięzcą.
Ziemia
Z tą mieliśmy do czynienia cały czas. No może oprócz chwili szybkiego zbliżania się do niej po opuszczeniu samolotu :P.
Hiszpania nie przestaje nas czarować różnorodnością kolorów i krajobrazów. Oprócz białych miast, podróżowaliśmy po pagórkach, hopkach i górach, ws ród lasów, pustkowi, wód morza, oceanu i jezior. Choć przejazdem odwiedziliśmy miasteczka takie jak Alcalá de los Gazules, Arcos de la Frontera, Zahara de la Sierra, Grazalema, Montecorto... Zaliczyliśmy na rowerach kilka razy przełęcze Las Palomas i El Boyar. Podczas trzech dni w Grazalemie na około 200km wszyło dobrze ponad 6km w pionie :)
Zdecydowanie polecam okolice Sierra de Grazalema. Samo miasteczko jest urocze, nawet wszędzie kolorowe banery tam są zrobione w czarnych kolorach, tak żeby komponowały się z całym miastem. Widoki piękne, kameralnie, cicho – idealnie na odpoczynek. Do przetłumaczenia mamy jeszcze krótki przewodnik, który dostaliśmy za darmo w zamian za jego przetłumaczenia na polski :0
Ogólnie w białych miasteczkach żyć na pewno nie jest łatwo. Strome, wąskie uliczki, często duszno i upalnie. W sumie nie ma się co dziwić, że są one co raz bardziej opustoszałe i poza biznesem związanym z turystami dzieje się tam niewiele.
Ogień
Nie mogło objeść się bez urodzinowej świeczki. Placek zjedliśmy za szybko, więc była ona w pomidorowej atrapie tortu, też pysznej ;)
Towarzyszyły nam też spektakularne, ogniste wschody i zachody słońca. Zarówno nad morzem i w górach. Patrząc na to wszystko aż żal było wracać.
Galeria z wyjazdu.
Woda
Chyba, razem z niebem, była na początku, nie? W każdym bądź razie dla zachowania choć cienia układu chronologicznego zaczynam od niej. W sumie woda też spina całą naszą podróż w całość. Zaczęliśmy od pięknego wschodu słońca z okna naszego apartamentu nad Morzem Śródziemnym a skończyliśmy mocząc nóżki wieczorną porą z powrotem na „naszej” plaży. Pierwszym przystankiem naszych wakacji było Arcos de la Frontera leżące nad rzeką Rio Guadalete, gdzie po przyjeździe i parilliadzie oglądaliśmy decydujący etap Vuelty na Angrilu. Jak się potem okazało to był ostatni syty posiłek w naszym hoteliku, bo śniadania były mocno racjonowane... Mieliśmy więc też trochę wczasów odchudzających :P
W niedzielę rano udaliśmy się do Cadiz nad ocen atlantycki, gdzie przy plaży Cortadura usytuowany był start zawodów. Plaża przypominała trochę tą polską... Wydmy, biały piasek, woda z dwóch stron. Zawody w Cadiz, podobnie jak kolejne w Benalup, dość dziwne, bo większość trasy pokonuje się wspólnie, w wolnym tempie, a ściganie jest tylko na jednym podjeździe. W Cadiz liczył się podjazd na Medina-Sidonia z krótkim, płaskim dojazdem do niego. W sumie około 4 kilometrów. Zgarnęliśmy pierwsze miejsca wśród pań i panów :D A po zawodach regeneracyjna kąpiel w nagrzanym teraz oceanie.
Z wodą ponownie bezpośrednio spotkaliśmy się po przyjeździe do Grazalemy (2 dni później), która była drugim miejscem naszego pobytu. W hotelu mieliśmy do dyspozycji basen z widokiem na białe miasteczko i góry. Pięknie. Pięknie też wyglądały jeziora i zalewy, wśród których podróżowaliśmy przez kolne dni w okolicach Zahary de la Sierra i Algar.
Powietrze
Wydawać by się mogło, że trudno będzie znaleźć przykłady na doświadczenia związane w powietrzem... ale jednak było ich całkiem sporo. Najważniejsze to oczywiście urodzinowy, tandemowy skok ze spadochronem z 15 tysięcy stóp i około minuta swobodnego spadania... Fajna sprawa. Polecam centrum koło Sevilli, gdzie można spotkać wielu Polaków zarówno na kursach spadochroniarskich, jak i instruktorów będących tam na stałe.
Wydawało się, że to będzie wszystko jeżeli chodzi o powietrzne zmagania, ale ostatniego dnia musieliśmy mocno zmagać się z wiatrem. „Levant” to było słowo, które najczęściej gościło na ustach zawodników startujących w Benalup. Podjazd na Puerto Galis miejscami był mordęgą, a na zjazdach iście kaskaderką. Na wysokich kołach ciężko było zmieścić się na wąskiej drodze. Rezultaty jednak bardzo dobre. Dorotka wygrywa wśród pań, a ja jestem drugi wśród panów ustępując pola tylko Jose Alberto Benitezowi, który w nogach ma Giro, Tour i Vueltę... A ponieważ później musiał się pospieszyć i zrezygnował z jazdy z wolnym peletonem to zostałem oficjalnym zwycięzcą.
Ziemia
Z tą mieliśmy do czynienia cały czas. No może oprócz chwili szybkiego zbliżania się do niej po opuszczeniu samolotu :P.
Hiszpania nie przestaje nas czarować różnorodnością kolorów i krajobrazów. Oprócz białych miast, podróżowaliśmy po pagórkach, hopkach i górach, ws ród lasów, pustkowi, wód morza, oceanu i jezior. Choć przejazdem odwiedziliśmy miasteczka takie jak Alcalá de los Gazules, Arcos de la Frontera, Zahara de la Sierra, Grazalema, Montecorto... Zaliczyliśmy na rowerach kilka razy przełęcze Las Palomas i El Boyar. Podczas trzech dni w Grazalemie na około 200km wszyło dobrze ponad 6km w pionie :)
Zdecydowanie polecam okolice Sierra de Grazalema. Samo miasteczko jest urocze, nawet wszędzie kolorowe banery tam są zrobione w czarnych kolorach, tak żeby komponowały się z całym miastem. Widoki piękne, kameralnie, cicho – idealnie na odpoczynek. Do przetłumaczenia mamy jeszcze krótki przewodnik, który dostaliśmy za darmo w zamian za jego przetłumaczenia na polski :0Ogólnie w białych miasteczkach żyć na pewno nie jest łatwo. Strome, wąskie uliczki, często duszno i upalnie. W sumie nie ma się co dziwić, że są one co raz bardziej opustoszałe i poza biznesem związanym z turystami dzieje się tam niewiele.
Ogień
Nie mogło objeść się bez urodzinowej świeczki. Placek zjedliśmy za szybko, więc była ona w pomidorowej atrapie tortu, też pysznej ;)
Towarzyszyły nam też spektakularne, ogniste wschody i zachody słońca. Zarówno nad morzem i w górach. Patrząc na to wszystko aż żal było wracać.
Galeria z wyjazdu.
Labels:
Arcos de la Sierra,
Benalup,
Cadiz,
cicloturista,
El Boyar,
Grazalema,
Las Palomas,
skydive
Subscribe to:
Posts (Atom)
