Ostatnio doświadczaliśmy wiele wzlotów i upadków. Pomysł na dom, który teraz jeszcze musi stać się prawdziwym domem, był na granicy całkowitego porzucenia. Ile może zmienić wydająca się nic nieznacząca wyprowadzka poprzednich właścicieli? Dużo. Ale to już za nami. Przed nami jeszcze ogrom pracy, żeby poczuć się jak w domu. Ogrom przede wszystkim mentalny.
Doprowadzenie wszystkich urzędowych spraw do końca to też nie lada gratka. Podatki, druczki, rejestry, niekompetencja bankowców... ale, chyba zostało tylko odebrać podstemplowana umowę notarialna.
W pracy mam teraz chyba jeden z najgorzej zarządzanych projektów jakie w życiu widziałem. Wykonaną pracą mogliśmy już obsłużyć co najmniej kilka aplikacji.
Z czterech wyścigów jakie miałem zaliczyć w ostatnim czasie w zasadzie udał się tylko jeden. Wyścig na La Reina przeniesiono na lipiec, potem spóźniliśmy się na wielkanocna czasówkę w Cartamie... W końcu z ostatniego weekendu, który miał być wypełniony wyścigowym relaksem, w sobotę udało się wystartować w maratonie w La Zubia pod Granada z finiszem na Cumbres Verdes, ale za to już niedzielna La Patacabra została przerwana w połowie z powodu niedociągnięć organizacyjnych...
Trzeba patrzeć w przyszłość. Przynajmniej widoki mamy świetlane.
Friday, April 24, 2015
Tuesday, March 10, 2015
comenzó la temporada 2015
W tym roku bardzo wcześnie jak dla mnie rozpoczął się sezon zmagań kolarskich. Ostatnimi laty przełom lutego i marca przeznaczony był co najwyżej na obozy treningowe i początek budowania formy na rowerze po zimowej "przerwie".
Tak naprawdę zaczęło się od Vuetla a Andalucia. Spektakularne dwa finisze pod gorę z rywalizacją między Contadorem i Froomem,a potem finisz wyścigu w Alhaurin de la Torre, który oglądaliśmy na żywo.
A już w ostatni dzień lutego, w Dzień Andaluzji, odbyły się pierwsze zawody z cyklu Masters. Zaczęło się od razu z grubej rury wjazdem na Ermite w Cabrze, zawodami bliźniaczymi do tych, w których braliśmy udział we wrześniu zeszłego roku. Na starcie tłum zawodników, także w 200 osobowym peletonie nie było mi łatwo znaleźć dobre miejsce. Podjazd do prawdziwego podjazdu zbyt łatwy, żeby zrobić większą selekcje i tak, wpadając w wąską drogę wiodącą na szczyt, zaczynało się od razu z lekka stratą do czołówki. Niemniej jednak jeszcze dużo trzeba potrenować. Skończyło się na 17 miejscu open. Dorotka mimo początków kłopotów zdrowotnych druga, wiec przywieźliśmy pierwsze trofeum na nowy rok.
W niedzielę byliśmy w Motril. Jeszcze więcej ludzi. Około 60 kilometrowa trasa wydawała się składać z dwóch podjazdów. Pierwszy jednak był to typowy blat podjazd, także budzik oscylował miedzy 40 a 50... O tym, ze jechaliśmy do góry można się było przekonać później, gdy do finałowego podjazdu wiódł krety i niebezpieczny zjazd. Niestety, trzeba się uczyć. Na zjeździe grupa się rozciągnęła na tyle, ze straciłem kontakt z czołówką. Podjazd na Alto del Conjuro był małą czasówką. Skończyło się na 50-tym miejscu open z 3:19 min. stratą do zwycięzcy. I muszę, w końcu, przygotować rower do sezonu. Powiedzieć tylko, ze na 56.5 km trasie z około 1200 m przewyższenia średnia prędkość zwycięzcy według oficjalnego pomiaru wyniosła ponad 36.5 km/h. Dorotka wcieliła się w role fotoreportera.
Korzystając z dnia wpadliśmy jeszcze do Torre del Mar, gdzie miał być festiwal lokalnego sera. Jednak jakiś biedny taki był, także po spacerze po plaży wróciliśmy do domu na zasłużoną, domową pizze.
Tak naprawdę zaczęło się od Vuetla a Andalucia. Spektakularne dwa finisze pod gorę z rywalizacją między Contadorem i Froomem,a potem finisz wyścigu w Alhaurin de la Torre, który oglądaliśmy na żywo.
A już w ostatni dzień lutego, w Dzień Andaluzji, odbyły się pierwsze zawody z cyklu Masters. Zaczęło się od razu z grubej rury wjazdem na Ermite w Cabrze, zawodami bliźniaczymi do tych, w których braliśmy udział we wrześniu zeszłego roku. Na starcie tłum zawodników, także w 200 osobowym peletonie nie było mi łatwo znaleźć dobre miejsce. Podjazd do prawdziwego podjazdu zbyt łatwy, żeby zrobić większą selekcje i tak, wpadając w wąską drogę wiodącą na szczyt, zaczynało się od razu z lekka stratą do czołówki. Niemniej jednak jeszcze dużo trzeba potrenować. Skończyło się na 17 miejscu open. Dorotka mimo początków kłopotów zdrowotnych druga, wiec przywieźliśmy pierwsze trofeum na nowy rok.
W niedzielę byliśmy w Motril. Jeszcze więcej ludzi. Około 60 kilometrowa trasa wydawała się składać z dwóch podjazdów. Pierwszy jednak był to typowy blat podjazd, także budzik oscylował miedzy 40 a 50... O tym, ze jechaliśmy do góry można się było przekonać później, gdy do finałowego podjazdu wiódł krety i niebezpieczny zjazd. Niestety, trzeba się uczyć. Na zjeździe grupa się rozciągnęła na tyle, ze straciłem kontakt z czołówką. Podjazd na Alto del Conjuro był małą czasówką. Skończyło się na 50-tym miejscu open z 3:19 min. stratą do zwycięzcy. I muszę, w końcu, przygotować rower do sezonu. Powiedzieć tylko, ze na 56.5 km trasie z około 1200 m przewyższenia średnia prędkość zwycięzcy według oficjalnego pomiaru wyniosła ponad 36.5 km/h. Dorotka wcieliła się w role fotoreportera.Korzystając z dnia wpadliśmy jeszcze do Torre del Mar, gdzie miał być festiwal lokalnego sera. Jednak jakiś biedny taki był, także po spacerze po plaży wróciliśmy do domu na zasłużoną, domową pizze.
Friday, February 20, 2015
barcelona
Chyba stary się robię... Od ostatniej wizyty w Barcelonie, jeszcze w czasach liceum, minęło dobre 14 lat. Kupa czasu. Ale nic, jakoś nadal całkiem żwawo się poruszam, choć może nie na piechotę ;)
Jak ostatnim razem do Barcelony wpadliśmy chyba ze 2 razy na kilka godzin to teraz mieszkaliśmy w samym centrum i była okazja przyjrzeć się miastu z bliska. Jeszcze w samolocie zapoznaliśmy się z historia powstania dzielnicy L'Eixample, gdyż akurat gazeta linii vueling traktowała o Barcelonie. Trzeba przyznać, ze urbanistycznie centrum miasta jest pomyślane bardzo dobrze, budowane już ponad 100 lat temu ulice są zaprojektowane tak, ze obsługują współczesny ruch. Z perspektywy pieszego turysty spacery potrafią być za to irytujące, gdy do przejść dla pieszych trzeba podchodzić po oktagonalnym kształcie bloków. Metro za to śmiga bardzo dobrze.
Samo miasto nie wywarło na nas jakiegoś oszałamiającego wrażenia. Nie wiem, może widzieliśmy już zbyt wiele pięknych miejsc... Aczkolwiek zobaczyliśmy też większość tego co Barcelona ma do zaoferowania. Począwszy od starego miasta, z wąskimi uliczkami, pełnego teraz sklepów prowadzonych przez chińczyków i hindusów, poprzez park cytadela, CaixaForum, Montjiuc, Sagrada Famila, muzeum Picassa, kamienice Gaudiego, aż do parku Guell. Niestety nie udało się zobaczyć pokazu fontann, gdyż są one teraz w remoncie, podobnie z reszta jak kolejka na Montjuic. Ponoć luty to martwy sezon - ale i tak kolejki do turystycznych atrakcji dość sporawe.
Przy fontannach wyczekaliśmy się trochę. Tablica informująca o remoncie jest tylko do katalońsku (i tak pismo jeszcze jesteśmy w stanie zrozumieć) i do tego umieszczona tak, że widać ja tylko z autobusu jadącego po Plaza Espana.
Z ciekawszych rzeczy to w CaixaForum była wystawa z okazji 25 lecia Pixara. Za pierwszym razem nie miałem okazji być też w środku bazyliki Sagrada Famila. Robi ona wrażenie, choć z drugiej strony to teraz trochę taka biblijna jaskinia zbójców. Po raz kolejny na następny raz pozostaje wizyta na Camp Nou.
Lądując już w domu, podobnie jak podróżując pociągiem z lotniska El Prat do centrum Barcelony, cieszyliśmy się że mieszkamy w Maladze. Teraz pora na realizacje kolejnych postanowień noworocznych.
Jak ostatnim razem do Barcelony wpadliśmy chyba ze 2 razy na kilka godzin to teraz mieszkaliśmy w samym centrum i była okazja przyjrzeć się miastu z bliska. Jeszcze w samolocie zapoznaliśmy się z historia powstania dzielnicy L'Eixample, gdyż akurat gazeta linii vueling traktowała o Barcelonie. Trzeba przyznać, ze urbanistycznie centrum miasta jest pomyślane bardzo dobrze, budowane już ponad 100 lat temu ulice są zaprojektowane tak, ze obsługują współczesny ruch. Z perspektywy pieszego turysty spacery potrafią być za to irytujące, gdy do przejść dla pieszych trzeba podchodzić po oktagonalnym kształcie bloków. Metro za to śmiga bardzo dobrze.
Samo miasto nie wywarło na nas jakiegoś oszałamiającego wrażenia. Nie wiem, może widzieliśmy już zbyt wiele pięknych miejsc... Aczkolwiek zobaczyliśmy też większość tego co Barcelona ma do zaoferowania. Począwszy od starego miasta, z wąskimi uliczkami, pełnego teraz sklepów prowadzonych przez chińczyków i hindusów, poprzez park cytadela, CaixaForum, Montjiuc, Sagrada Famila, muzeum Picassa, kamienice Gaudiego, aż do parku Guell. Niestety nie udało się zobaczyć pokazu fontann, gdyż są one teraz w remoncie, podobnie z reszta jak kolejka na Montjuic. Ponoć luty to martwy sezon - ale i tak kolejki do turystycznych atrakcji dość sporawe.
Przy fontannach wyczekaliśmy się trochę. Tablica informująca o remoncie jest tylko do katalońsku (i tak pismo jeszcze jesteśmy w stanie zrozumieć) i do tego umieszczona tak, że widać ja tylko z autobusu jadącego po Plaza Espana.
Z ciekawszych rzeczy to w CaixaForum była wystawa z okazji 25 lecia Pixara. Za pierwszym razem nie miałem okazji być też w środku bazyliki Sagrada Famila. Robi ona wrażenie, choć z drugiej strony to teraz trochę taka biblijna jaskinia zbójców. Po raz kolejny na następny raz pozostaje wizyta na Camp Nou.
Lądując już w domu, podobnie jak podróżując pociągiem z lotniska El Prat do centrum Barcelony, cieszyliśmy się że mieszkamy w Maladze. Teraz pora na realizacje kolejnych postanowień noworocznych.
Labels:
Barcelona,
montjuic,
parque guell,
Pixar,
sagrada familia
Wednesday, January 28, 2015
lords on the boards
Nasze pierwsze noworoczne postanowienie udało się już spełnić, a nawet, zależy jak liczyć, udało się to zrobić od dwóch do pewnie około setki razy. Po dwóch latach przerwy znów pojawiliśmy się na stoku narciarskim.
Teraz taka opcja istnieje tylko w Sierra Nevada, więc po raz pierwszy zawitaliśmy do Pradollano w celu, w jakim zostało ono stworzone. Słońce i śnieg. Za drugim razem należy dodać jeszcze wiatr, ale i tak poszczęściło nam się, gdyż między naszymi dwoma eskapadami pogoda była gorsza i spadło sporo śniegu.
Dla mnie był to pierwszy raz w stacji tego typu. Duża ilość wyciągów i niezliczona ilość tras, także tłum ludków, który tam przyjeżdża jakoś znika na ogromnej przestrzeni. Kolejki do wyciągów w godzinach szczytu nie są dłuższe niż kilka minut. W ten weekend, pewnie z powodu większej ilości śniegu, która otwiera więcej możliwości dla nie-narciarzy, w górach było mnóstwo ludzi. Wyjazd z Pradollano zabrał nam więcej czasu, niż podjazd z Granady rowerem... Na stokach jednak nie było tego czuć.
Za pierwszym razem byliśmy w hotelu Nevasur, który chyba jest popularny wśród kolarzy. W gablotce można było znaleźć m.in. koszulkę mistrza świata Rui Costy i zdjęcie Ani Szafraniec z autografem.
Słońce i śnieg. Pięknie.
Teraz taka opcja istnieje tylko w Sierra Nevada, więc po raz pierwszy zawitaliśmy do Pradollano w celu, w jakim zostało ono stworzone. Słońce i śnieg. Za drugim razem należy dodać jeszcze wiatr, ale i tak poszczęściło nam się, gdyż między naszymi dwoma eskapadami pogoda była gorsza i spadło sporo śniegu.
Dla mnie był to pierwszy raz w stacji tego typu. Duża ilość wyciągów i niezliczona ilość tras, także tłum ludków, który tam przyjeżdża jakoś znika na ogromnej przestrzeni. Kolejki do wyciągów w godzinach szczytu nie są dłuższe niż kilka minut. W ten weekend, pewnie z powodu większej ilości śniegu, która otwiera więcej możliwości dla nie-narciarzy, w górach było mnóstwo ludzi. Wyjazd z Pradollano zabrał nam więcej czasu, niż podjazd z Granady rowerem... Na stokach jednak nie było tego czuć.
Za pierwszym razem byliśmy w hotelu Nevasur, który chyba jest popularny wśród kolarzy. W gablotce można było znaleźć m.in. koszulkę mistrza świata Rui Costy i zdjęcie Ani Szafraniec z autografem.
Słońce i śnieg. Pięknie.
Labels:
el ciervo,
esqui,
nevasur,
pradollano,
sierra nevada
Friday, January 9, 2015
noworoczne postanowienia
Wczoraj rankiem na siłowni tak jakby dwa razy więcej ludzi niż normalnie. Chyba na razie wszyscy trzymają się swoich noworocznych postanowień. Jakie są nasze? Najważniejsze to chyba mieć trochę szczęścia i znaleźć coś do zamieszkania bardziej na swoim.
Święta w Polsce minęły bardzo szybko i bardzo przyjemnie. Okres noworoczny spędziliśmy już z powrotem, trochę w pracy, trochę na odpoczynku, bo ustawowych dni wolnych też tutaj nie brakuje. Zaliczyliśmy mini tydzień rowerowy. Piękna pogoda pozwoliła na zrobienie około 500km między sylwestrem a świętem trzech króli. Oprócz tego zasmakowaliśmy trochę tradycji hiszpańskich. Tutaj dużo huczniej obchodzi się 6 stycznia. Świętuje się właściwie w wigilię święta, kiedy to odbywają się pochody Cabalgata. Na nas i tak największe wrażenie wywarły dekoracje świąteczne w Maladze.
Na święta nie było za bardzo zimy. Teraz może trochę nadrobimy. Zobaczymy jak zima wyglądają stoki Sierra Nevada. Tym razem w praktyce.
Święta w Polsce minęły bardzo szybko i bardzo przyjemnie. Okres noworoczny spędziliśmy już z powrotem, trochę w pracy, trochę na odpoczynku, bo ustawowych dni wolnych też tutaj nie brakuje. Zaliczyliśmy mini tydzień rowerowy. Piękna pogoda pozwoliła na zrobienie około 500km między sylwestrem a świętem trzech króli. Oprócz tego zasmakowaliśmy trochę tradycji hiszpańskich. Tutaj dużo huczniej obchodzi się 6 stycznia. Świętuje się właściwie w wigilię święta, kiedy to odbywają się pochody Cabalgata. Na nas i tak największe wrażenie wywarły dekoracje świąteczne w Maladze.
Na święta nie było za bardzo zimy. Teraz może trochę nadrobimy. Zobaczymy jak zima wyglądają stoki Sierra Nevada. Tym razem w praktyce.
Subscribe to:
Posts (Atom)