Monday, August 10, 2015

pod górę

Czas wakacji i tropikalnych upałów to też czas rożnych, krótkich zawodów, które w skrócie można opisać jako naparzanie pod gorę :)

W ostatnich tygodniach był wjazd na Fuente de la Reina, potem dni sportowe w Istan pod Marbella i ostatnio podjazd pod Canillas de Aceituno. Wszystkie trudne, z szybkim dojazdem do właściwego podjazdu w tłoku i ogniem od początku. Nasza kolekcja trofeów rozrosła się o kilka kolejnych. Cały czas trzeba się uczyć. Taki podjazd na Istan na przykład, zwycięzca pokonał z średnią 35 km/h. Nie będąc na czele peletonu od początku bardzo ciężko jest potem gonić.

A bardziej wakacyjnie, razem z odwiedzającymi nas teraz rodzicami odwiedziliśmy Camino del Rey.

Wednesday, July 15, 2015

Cordoba

Tym razem liczba 44 miała dość prozaiczne znaczenie. Było to maksimum, jakie widzieliśmy na termometrze w centrum Cordoby w niedzielne popołudnie. Gorąco, ale dzięki wietrzykowi i suchemu powietrzu aura była dość komfortowa. Do Cordoby wybraliśmy się przy okazji pierwszej edycji zawodów - Aguila Ciclodeportiva - Puertos de Sierra Morrena i temperatura mogła budzić pewne obawy, niemniej jednak poranki w "ciemnych górach" były bardzo przyjemne i nie można było narzekać na pogodę. Chyba już jesteśmy bardziej odporni na wysokie temperatury niż rodowici tubylcy :)

Sama Cordoba naprawdę godna polecenia. Jeśli chce się zobaczyć coś innego, oryginalnego i posiadającego swój niepowtarzalny klimat jest to punkt obowiązkowy. My na pewno jeszcze tam zawitamy, żeby pospacerować nocą. A teraz zostawiam tylko link do galerii.

Wrócimy tez na pewno na kolejna edycje zawodów. 100 km trasa z niespełna 2000 m przewyższenia po Sierra Morena była zarówno bardzo wymagająca, emocjonująca, jak i ciekawa krajobrazowo. Wygrał były wicemistrz świata masters Juan Luque a Dorota zwyciężyła wśród dziewczyn budząc respekt wśród starszych mastersów popisując się umiejętnościami zjazdowymi. A ja muszę owe potrenować, bo poniesione tak starty wymagają potem wiele wysiłku. Niemniej jednak wyjazd mega udany!

Wednesday, July 1, 2015

sorpresas

Tym razem chyba nie mogę powiedzieć, ze niespodzianki były niemile. Jak to niespodzianki, niektóre były naprawdę niespodziewane i spowodowały trochę kłopotów i trudności, ale koniec końców wszystko trzeba zapisać na plus.

W ubiegły weekend zaliczyliśmy kolejna edycje Sierra Nevada Limite i wyjazdu na Velete. W końcu udało się też wyrwać na ciut dłuższy, bo 4 dniowy, weekend i odetchnąć pełną piersią przed miesiącem wypuszczania na produkcje wszystkich naszych systemów, na którymi pracowaliśmy ostatnie miesiące.

Niespodzianki? Zaczęło się od startu wyścigu sobotniego. Chyba wszyscy przypuszczali, że podobnie jak w poprzedniej edycji po długim, kontrolowanym zjeździe z Pradollano do Granady nastąpi chwilowe zatrzymanie na pozbycie się zbędnych ubrań, a tu nie. Przejechaliśmy przez strefę "guardaropa" i bez postoju zaczęła się zabawa. Dla tych, którzy na zjazd potrzebowali "cieplejszych" rzeczy zabawa właściwie mogła się skończyć... Na szczęście zamiast jesiennej kurtki zabrałem tylko wiatrówkę, która bez problemu mieści się w kieszonce., wiec tym razem udało mi się zacząć wyścig zgodnie z planem razem z czołówką peletonu.

Druga niespodzianka nastąpiła już chwile potem. Na początek zawodów jest podjazd na El Purche. Taki jakich nie lubię, strome ścianki poprzetykane chwilowymi wypłaszczeniami. Od początku jechało mi się beznadziejnie, tak jakbym miał za ciężkie przełożenia. No własnie. Po wszystkim okazało się, że ostatnia wizyta u mechanika, żeby zamienić kasetę z 11-23 na 12-25 skończyła się tym, że wróciłem do domu z tą sama kasetą... Dlatego też droga na Hotel Duque nie należała do najłatwiejszych. Znów około 20% fragmenty dały w kość na tyle, że na ostatnie 7 km "normalnego" podjazdu do Pradollano nogi miałem betonowe. Skończyło się na 4-tym miejscu, ale tylko z niespełna minutową stratą do pierwszego zawodnika startującego w dwudniówce.

Na niedziele czekała na nas Veleta. Podczas sobotniej dekoracji i obiadu wydawało się, że nie wjedziemy zbyt wysoko, bo mocno wiało i mimo jeszcze czwartkowych prognoz zwiastujących dobra pogodę na ponad 2500m n.p.m. wjazd pod sam szczyt Velety wydawał się mało prawdopodobny. A tu... niespodzianka. Trzeba było odrabiać straty, wiec od początku starałem się jechać równo i mocno, dyktując tempo przez długi czas. Gdy minęliśmy bufet spodziewałem się zobaczyć znak oznajmiający 10 kilometrów do mety, ale zamiast tego napotkaliśmy znak informujący, że jesteśmy gdzieś w połowie i że do mety 20 km. Jedziemy na sam szczyt.

Ostatni kilometr praktycznie po kamieniach, ale udało się. Dojechałem trzeci, po zawodowcu z Chile, który w zawodach brał udział towarzysko i koledze startującemu tylko w niedziele. Do zawodnika, który był przede mną w klasyfikacji nadrobiłem około 10 minut. To był podjazd jaki mi pasuje! A do 3300m n.p.m. brakowało kilkunastu metrów.

Ostatnia niespodzianka była nagroda. Mamy mieć zapas gazpacho na cale lato :) Zwycięzcy zainkasowali swoja wagę w andaluzyjskim przysmaku od Solfrio.

Dorotka tym razem nie była do końca zadowolona, gdyż skończyła druga w klasyfikacji. Powinno być więcej dni startowych, w poniedziałek, gdy trzeba było wracać już do domu nogę miała najlepsza.


Tuesday, June 9, 2015

campeonatos y huelga ciclista

Weekend wyścigowy. Nie wszystko wyszło, tak jak zakładaliśmy, ale od wczoraj odpoczywamy, bo są ku temu przyczyny.

Czasówka

W piątek, w pierwszy dzień mistrzostw Andaluzji, odbyła się indywidualna jazda na czas. Tak naprawdę było to coś bardziej w rodzaju prologu, gdyż trasa liczyła około 7.5 kilometra, a w dodatku nie należała do najłatwiejszych technicznie. Dość powiedzieć, ze wśród wszystkich niespełna 200 startujących osób około 60 odnotowało czasy miedzy 10 a 11 minut. Także i ja. Dwójce zawodników elity udało się zejść nieznacznie poniżej 10 minut. Mi wystarczyło "tylko" na 12 miejsce w masters 30, ale sumując wszystkie ronda, 2 odcinki po kostce, ciasne zakręty o 90 stopni trzeba być zadowolonym. Następnym razem trzeba się lepiej rozgrzać. Dorotka powinna otrzymać koszulkę mistrza Andaluzji, ale z powodu nieścisłego regulaminu, wygrała tylko zawody nie zostając mistrzynią.

Start wspólny

Trzy pętle dające około 95 km z średnią pod 42 km/h z krótkimi górkami sumującymi się do prawie 1000m przewyższenia... Wyścig elity był szybszy tylko o 0.3 km/h. Zawody ukończyła trochę ponad polowa stu osobowej stawki. Po wymuszonym zatrzymaniu po kraksie na pierwszym kółko miałem dużo gonienia, potem skurcze, ale jakoś w kolumnie aut technicznych udało się dojechać z lekką stratą do peletonu. Dorota skończyła trzecia wśród dziewczyn.

Nasza mała galeria.

Aguantacerros

Na deser został nam niedzielny maraton ze organizowany w miejscowości Montilla. Ciężka trasa, najeżona licznymi, większymi i mniejszymi górkami wymagałaby zapewne nie lada wysiłku, tym bardziej, ze miejscami słupki rtęci pokazywały ponad 40 stopni. Święto popsuła jednak policja, która pomimo ustaleń kilka razy zatrzymywała wyścig i nie pozwalała na rozciągnięcie się peletonu na dłuższy czas. Tak że, zawody mimo ze super zorganizowany pozostawiły u wszystkich niesmak.

Skończyło się małym strajkiem i masą krytyczną na mecie. Szkoda... Szacunek należy się organizatorom. My mamy tylko nadzieje, ze ostatnie przeboje nie spowodują znikania kolejnych zawodów z kalendarza.

Na pocieszenie była pokaźna wyżerka z możliwością spróbowania lokalnych słodkości i napojów oraz losowanie nagród, podczas którego chyba każdy coś dostał. Zaplanowane puchary za wyniki indywidualne zostały rozdzielone pomiędzy najliczniejsze drużyny i panie startujące w zawodach.



Wednesday, June 3, 2015

subbeticas turisticas

W tym roku mamy do czynienia z jakimś fatum. Co rusz odwoływane są lub przerywane różne zawody. Tym razem pech chciał, że trafiło na jedne z tych, na które cieszyłem się najbardziej - Vuelta a las Subbeticas... Rok temu, wszystko perfekt, jak w szwajcarskim zegarku, a teraz na 3 dni przed zawodami okazało się, że "władze" nie wydały zgody i całe starania organizatorów, plany wielu (nawet pół-zawodowych) ekip i zawodników obróciły się w pył. Trudne to jest do zrozumienia. Polityczna zawierucha, związana z wyborami w Andaluzji, chyba przekłada się też na, wydawać by się mogło, całkowicie niezależne sfery życiowe. Lo siento mucho :(

Mieliśmy już zarezerwowany nocleg, więc mimo wszystko odwiedziliśmy Sierra de las Subbeticas. Opłacało się, bo oprócz fajnych treningów, zobaczyliśmy parę ciekawych miejsc na Ruta del Califato z niezwykle urokliwym Zuheros na czele. Powstała nawet mała galeria.

A z pechowych wydarzeń dni poprzednich. 2 tygodnie temu miałem wziąć udział w pierwszych swoich zawodach MTB w Hiszpanii. Co prawda ogórkowych, bo "organizowanych" w parku technologicznym. "Organizowanych", bo zajmowała się tym niby profesjonalna firma, ale nawet nie potrafili oznaczyć dobrze niespełna 20 kilometrowej trasy...

Ale nic to. Koniec pecha. Teraz musi być dobrze. Zaczynamy na nowo w weekend mistrzostwami Andaluzji i maratonem w miejscowości Montilla.