Showing posts with label kraków. Show all posts
Showing posts with label kraków. Show all posts

Friday, November 6, 2015

polska złota jesień

Mieliśmy dużo szczęścia. Trafiliśmy akurat na najładniejsza dla wielu porę roku w Polsce. Spod samiuśkich Tater, aż po opolskie ziemie ciągnęły się lasy mieniące się żółcią, czerwienią i złotem.

Zaczęliśmy od Krakowa, gdzie korzystając z zaproszenia Agnieszki, byliśmy na gali finałowej Screen&Sound Fest. Potem przyszła pora na wizytę w górach. Odwiedziliśmy rocznicowo Wiktorówki, a następnego dnia, koniec końców, wylądowaliśmy przy Czarnym Stawie pod Rysami. W Tatrach złota jesień przyprószona była dodatkowo białym puchem, co potęgowało jej urok.

Kolejne dni upłynęły na rodzinnych wizytach w Nysie. Na Wszystkich Świętych znów byliśmy w Krakowie, gdzie oprócz czasu zadumy na cmentarzu Rakowickim znalazł się też czas na odwiedziny muzeum Manggha i spacer po starym mieście.

Na zakończenie znów było muzycznie. Na zaproszenie doktora Korkosza byliśmy na Zaduszkach Jazzowych w wielickiej kopalni.

Thursday, December 18, 2014

tradycyjnie

Tutaj tradycyjnie kolarski rok kończy się ściganiem o indyka. Trzecia edycja zawodów organizowanych przez nasz team ze startem z Los Barrios, około 20 kilometrami płaskiego odcinka "tramo libre" i finiszem na hopce kolo Jimeny tym razem odbyła się przy nie najlepszej pogodzie. Tak około 3/4 trasy z nieba siąpił deszcz, a ścigany odcinek po drodze wśród sadów pomarańczowych dostarczył okazji do kąpieli błotnych. Zabawa i tak była fajna, a skończyłem siódmy.

O tradycyjnego indyka będzie można powalczyć jeszcze w ten weekend, ale nas ominie ta przyjemność, gdyż chcemy jeszcze raz spróbować naszej, polskiej tradycji. Na Boże Narodzenie będziemy w Krakowie i Nysie, znów podróżując po dość skomplikowanej trasie. Z Malagi do Warszawy, potem do Krakowa, Nysy i powrót do Malagi z Pragi. Cóż... sezon zimowy nie sprzyja lotom bezpośrednim.

Felices fiestas a todos

Tuesday, July 17, 2012

déjà vu

Rok temu w Brzegach byłem sam, sam parzyłem na góry, sam trenowałem i startowałem... Jakże wszystko potrafi się zmienić... Teraz to samo miejsce wyglądało całkiem inaczej - lepiej, radośniej, szczęśliwiej.

Z okazji Tour de Pologne wybraliśmy się w nasze góry z Dorotką już w piątek. Jak rok temu na "dzień dobry" trochę deszczu i zimno. Mając w pamięci upały sprzed kilku dni to prawie zima była - dobre 15 stopni mniej. Domek na szczycie Brzegów jak stał tak stoi - nadal zapraszając w odwiedziny. Piękny widok na Bielskie Tatry uświadamiał, że mamy chwilę dla siebie.

W sobotę rano wybieramy się do term w Bukowinie, żeby odebrać numerki startowe na niedzielę. Od razu trochę zamieszania organizacyjnego, bo nasze zgłoszenia jeszcze nie dotarły, ktoś utknął w korku... Dobrze, że wcześnie rano ludzi było niewiele, więc ponowne wypełnienie zgłoszeń nie było wielkim problemem. Zabieramy pakiety i po krótkiej rundzie po Bukowinie wracamy na kwaterę  i zaraz jedziemy na krótki spacer celem omówienia kilku spraw na przyszłość ;)

W drodze powrotnej zatrzymujemy się na Głodówce na obiad i żeby obejrzeć przejeżdżający peleton. Znowu przypominało mi się jak to było rok temu, gdy szybko odechciało mi się samotnego wyczekiwania na peleton, teraz czas miał szybko i radośnie. Przeszliśmy kawałek na bufet, żeby przy okazji zdobyć jakiś kolarski souvenir. Peleton przemknął, zaczęło lekko padać, więc końcówkę postanowiliśmy już oglądnąć w telewizji i w ciepełku.

Niedziela. Pobudka i mała acz spokojna gorączka przedstartowa. Pyszne śniadanko, przygotowywanie rowerów i wyjazd na start. Do końca nie było wiadomo, o której dokładnie mieliśmy startować - informacje w sieci i na plakatach różniły się o jakieś pół godziny. Pod termami już sporo ludzi, szczęśliwie w sektorach są już znajomi, więc nie musimy przepychać się od samego tyłu. Stoimy... stoimy i stoimy, czekając na sygnał do startu. Najpierw miało być spokojnie za pilotem do Poronina, zatrzymanie i dopiero start. W sumie można było od razu zjechać na dół, bo i tak na górze żadnych bramek nie było i całe ustawianie w sektorach było trochę bez sensu. W Poroninie, tuż przed Zakopianką znów stoimy... Ruszają VIP-y, a my nóżka za nóżką podjeżdżamy do linii startu... NIE! - o sektorach już zapomnieli puścili od razu wszystkich... Pięknie... na początek do odrobienia kilkaset metrów... Dodatkowo na Zakopiankę wyszedł jakiś starszy Pan i został rozjechany przez peleton. Masakra. Pod górę gonić łatwo nie jest, szczególnie jak drogę tarasuje duża grupa VIP-ów i ... cały podjazd pod Ząb bardzo mocno, a można było jechać spokojnie w kołach... Potem zjazd i dalsza gonitwa, dojść udaje się dopiero na początku kolejnego podjazdu pod Czerwienne. Już spokojniej, choć w grupie nerwowo, jeden z zawodników goli szprychy w przednim kole wjeżdżając komuś w przerzutkę. Przed zjazdem do Białego Dunajca chciałem być w miarę blisko, żeby tam nie stracić. Byłem, ale nic z tego... Jadący przede mną kolega bardzo mocno wyhamowuje przed każdym zakrętem, a wyprzedzić nie ma jak, no i znów czołówka odjeżdża. Praktycznie jest pozamiatane. Na Gliczarowie dołączam co prawda do tyłów pierwszej grupy, ale znowu odbywa się to dużym nakładem sił. Na ostatni podjazd do Bukowiny już brakuje świeżości. Jeszcze finisz nie tam, gdzie jest oznaczona meta, ale za zakrętem... i ostatecznie 16 miejsce open. Czekam na Dorotkę, która kończy 10-ta wśród Pań i załapuje się na szerokie podium.

Skromny posiłek od organizatora i wracamy na kwaterę, żeby się szybko spakować i zebrać na dopingowanie kolarzy na Gliczarowie. Ta trasie wyścigu zawodowców bardzo fajna atmosfera, dużo liczniejsza grupa kibiców na samym podjeździe niż rok temu! Na finisz wracamy do Bukowiny korzystając z uprzejmości jednego górala, który nas kawałek podwozi autem. Dorotce nie udaje się załapać na zdjęcie z Pozzovivo, ale i tak uśmiech nie schodzi nam z twarzy. Odwiedzamy jeszcze baseny na Termach i wracamy do domu. Cudny weekend!

A w poniedziałek na deser finisz Tour de Pologne w Krakowie. Galeria z wyścigu.

Thursday, September 22, 2011

wspólne treningi

Sezon zbliża się do końca, ale myślę, że warto wspomnieć jeszcze teraz o nowych i odnowionych inicjatywach wspólnych treningów w naszych okolicach. Wczoraj odbył się trzeci trening pod egidą Infrasettimanale Classico, czyli małe ściganie w środku tygodnia. Od przyszłego roku treningi te mają nabrać jeszcze większego rozmachu, będą klasyfikacje, może jakieś nagrody. A ostatnie dwa treningi, w których miałem przyjemność wziąć udział były naprawdę super. W pojedynkę taką motywację do szybkiej jazdy trudno jest w sobie znaleźć, a tam na premię zawsze ktoś będzie miał chrapkę skoczyć. Zbiera się też coraz liczniejsza grupa, więc każdy będzie miał okazję znaleźć partnera do jazdy. Stąd też nowy twitter'owy tag #ic_krakow

W weekendy mamy oczywiście tradycyjnie "Cichy Kącik". Zawsze się znajdzie tam ktoś do mocniejszej jazdy albo też do zrobienia lekkiej regeneracyjnej przejażdżki po wyścigu albo na zakończenie sezonu. Mam nadzieję, że w przyszłym roku, przynajmniej przed sezonem startowym i na "cichym" zaadaptuję się kilka pomysłów z IC i będzie też więcej osób chętnych do wspólnej jazdy. Pierwszym krokiem było otwarcie dla wszystkich grupy na Facebook'u.

Chociaż czuć już zmęczenie, szczególnie po wyścigu potrzebuje więcej czasu na regenerację niż jeszcze miesiąc temu, to aż żal, że ten kolarski rok ma się ku końcowi. Na podsumowanie, jak już weszło trochę do tradycji, mam jeszcze kilka startów w czasówkach. Pierwsza już być może w niedzielę na Słowacji.