Dawno nie było czysto wyścigowego wpisu, więc chyba najwyższy czas. W końcu już prawie koniec maja. Zatem na pierwszy ogień na hiszpańskiej ziemi poszły zawody "Pirineo de la Costa del Sol". Zawody typu cicloturista, więc coś jak nasze, albo bardziej słowackie lub czeskie maratony. Niby ruch otwarty, ale wszędzie gdzie trzeba stoją ludzie kierujący ruchem, przed większymi grupkami jest pilot, no i góry... Ze wspólnym, wolnym startem trochę ponad 100 km i prawie 2,5 w pionie.
Wspólny start naprawdę spokojny, wjazd na pierwszą premię i długi zjazd w spokojnym tempie, bez przepychania, także na start ostry wszyscy dojeżdżają razem. Po starcie od razu do góry i to tak koło 10 kilometów :) Niestety dopada mnie pech bo, gdy na początku wszyscy wyrwali bardzo mocno do przodu spada mi łańcuch i muszę się zatrzymać. Na dzień dobry mam do odrobienia do czołówki kilkadziesiąt sekund pod górę... Udało się dojść grupę zasadniczą, trochę z przodu był jeszcze naciągający peleton, późniejszy zwycięzca. Blisko szczytu zaczęły się skoki i byłem trochę za daleko... Zostałem w drugiej grupce. Na płaskim, którego wiele nie było Hiszpanie jakoś mocno nie współpracowali, więc choć czołówka była blisko to nie udało się jej dojść. Jeszcze przed którąś z kolejnych górek było blisko, ale koniec końców skończyło się na kilku kilometrach samotnej gonitwy. Warunki były ciężkie, właśnie taka lekka namiastka tegorocznego giro. Rano koło 4 stopni, mocny wiatr i co jakiś czas kropiący deszcz. Za chwilę znów byłem w mojej grupce.
Przed startem ostrzegali przed jednym fragmentem drogi, że jest nie najlepszy - żeby takie nie najlepsze drogi były w Polsce... Na koniec czekał nas podjazd drogą, którą na początku zjeżdżaliśmy, w sumie pewnie z 8 km. Z mojej grupki docieram na szczyt pierwszy i do mety już tylko w dół, choć pod silny wiatr. Jednak z dwu minutową przewagą nad kolejnymi zawodnikami z mojej grupki jestem na mecie, niecałe 10 minut za zwycięzcą. 14-te miejsce open i 5-te w kategorii. Do auta dojechałem na kapciu, więc może początkowy pech na końcu trochę odpuścił.
Wnioski? Góry są piękne :D. A na poważnie to oboje stwierdziliśmy, że troszkę hiszpańskiego trzeba się poduczyć, bo ludzie przyjaźni i fajnie by było wiedzieć, co do nas mówią ;). Myślałem, że będą tutaj naprawdę szaleć na zjazdach, ale chyba nasza ułańska fantazja jest większa niż ich hiszpańskie temperament :P. Za to pod górę szybko nawet. Nie było stromo, ale tak oscylując około 20 km/h pod górę to praktycznie cały czas. Na tej trasie, na mierzonym odcinku, średnia wyszła mi pod 32 km/h.
Na potwierdzenie ciężkich warunków jeden fakt. Z 270 startujących zawody ukończyło 207 osób.
No i najważniejsze, mój dodek jest z powrotem.
W najbliższym czasie w okolicy mamy jeszcze kilka fajnie zapowiadających się zawodów, także wkrótce więcej newsów z Andaluzji.
Thursday, May 23, 2013
Wednesday, May 8, 2013
wieża babel
Bardzo często zastanawiamy się czy jesteśmy na wakacjach czy
przeprowadziliśmy się w celach zarobkowo-zdrowotnych... I na razie
naprawdę czujemy się jak na długim turnusie :)Dorotka wylądowała u tego samego gentlemana co ja, także nawet w pracy można sobie zrobić przerwę na miłą pogawędkę. Żyjemy, mieszkamy i pracujemy w prawdziwej wieży Babel. W sobotę byliśmy na urodzinach mojego team leada - Greka, który jest z Serbką. Oprócz tego Portugalczycy, pół Portugalka - pół Francuzka, pół Greczynka - pół Polka, no i Polacy... A to i tak tylko ludzie związani jakoś z moim teamem.

Rowerowo też co raz ciekawiej. Zwiedziliśmy już finisz i sporą część
trasy jednego z etapów Vuelty (8. na Alto Penas Blancas), zaliczany kolejne, piękne miejscówki -
ostatnio Tarifę i szykujemy się na debiut w lokalnych zawodach. Długi
dzień pozwala na całkiem fajne przejażdżki nawet w tygodniu... Teraz
jasno jest jeszcze po 21, więc wczoraj udało mi się zaliczyć 120 km
trasę do Gaucin.Mankamenty? Tak naprawdę na razie tylko jeden - komary. Czasami nie dają pospać, musimy sobie coś wymyślić, żeby skutecznie się chronić ;)
Sunday, April 14, 2013
budzikom... drugie życie :)
Z jednej strony, żeby uniknąć gorącego słońca, bo w sumie to już tutaj jest lato, na weekendowy trening wyjeżdża się najpóźniej o 8.30. I faktycznie po 12-tej słońce grzeje sobie już bardzo mocno. Może tego nie czuć, bo wieje chłodny wiaterek, ale potem widać na naszych nieopalonych polskich ciałkach ;)
Z drugiej strony, już teraz słońce zachodzi koło 21-wszej, więc już dobrze wieczorową porą jest jak w środku dnia. A że na brak atrakcji w okolicy nie można narzekać na spanie nie ma czasu :)
Wczoraj z rozpędu wyszła mi ponad 200 kilometrowa wycieczka... Miało być z 50 mniej, ale pętelka po górkach się trochę wydłużyła. Na razie zaczynamy poznawać okolicę, ale jest wiele pięknych i nawet całkiem nowych dróg, po których aż miło sunąć. Zaraz pewnie wybierzemy się zobaczyć, gdzie w tym roku uderzy Vuelta. A kolarzy od metra...
A dzisiaj Dorotka zaliczyła pierwsze małe kompanie w morzu :) Trzeba było strawić trochę obiadku. Pierwszy test lokalnej knajpy. Przegląd mięs i butelka wina.
Tuesday, March 26, 2013
semana santa
Tym razem wszystko pędzi szybko. Po wycieczce na Gibraltar w lutym sprawy nabrały niezłego rozpędu i wszystko potoczyło się w mgnieniu oka. Zamiast ponownie wziąć szablę w dłoń wylądowałem u gentlemana zajmującego się zakładami ;)
Wylądowałem to może nie właściwe słowo, bo odbyliśmy całkiem długą podróż samochodem. W sumie o wiele dłuższej w Europie się nie da... Prawie trzy i pół tysiąca kilometrów podzielone na 4 etapy. Najpierw króciutki do Nysy, ale poprzedzony pakowaniem samochodu, wysyłaniem paczek i jeszcze ostatnim dniem w pracy Dorotki. Po siedemnastej opuściliśmy zamglony Kraków zapakowani po dach. Trochę było obaw czy uda nam się umknąć przed zimą na letnich oponach, zimowych do Hiszpanii nie było sensu zabierać. Szczęśliwie zdążyliśmy przed śniegiem, który zaatakował dzień później.
Drugi przystanek mieliśmy w Heidelbergu u cioci Dorotki. Kolacja, szybki, wieczorny spacer po mieście, oglądanie zdjęć - nie było czuć zmęczenia podróżą. Na kolejny dzień mieliśmy zaplanowany najdłuższy etap. Niemcy, cała Francja i nocleg pod Gironą. Wszystko zgodnie z planem, nawet korki spowodowane wypadkami udawało się nam omijać. Prowansja zieleni się już pięknie wiosną, w oddali było widać Mount Ventoux. Po zmroku dotarliśmy do hotelu.
Rano mieliśmy hotelowe śniadanie i rozpoczęliśmy ostatni etap. Chyba najtrudniejszy. W sumie GPS pokazał, że mamy więcej do przejechania niż poprzedniego dnia, ale po małych optymalizacjach wyszło troszkę mniej, ale nadal było około 1150 kilometrów. Zmieniając się za kółkiem szło gładko, cały czas autostrady... No właśnie. Te hiszpańskie nas bardzo zdziwiły. Okazało się, że polskie karty kredytowe nie są akceptowane, a gdy przyszło zapłacić coś koło 35 euro to nie mieliśmy tyle gotówki. Było cofanie, lekka nerwówka, ale koniec końców udało się zapłacić dolarami. Potem jeszcze w okolicach Granady mocno się rozpadało, więc trzeba było odrobinkę zwolnić, ale widoczki wynagradzały zmęczenie podróżą. Koło 21 dotarliśmy do Santa Margarity, jeszcze chwila czekania na zarządce aparthotelu i mamy klucze. Uff... Jesteśmy na miejscu.
Pierwszy apartament nie był szczytem marzeń. Właściwie to widok z niego nie był taki, bo wszystkie apartamenty są identyczne. Udało nam się przenieść jeden obok i z okien mamy teraz widok na morze i wstające rano słońce :)
Minął pierwszy tydzień. Przyjechały bagaże. W pracy w porządku, multikulturowo i od razu jest coś do robienia, nie ma długich korporacyjnych procedur. Ludzie pomocni i otwarci. Udało się kilka razy wyjść na rower. Tereny są super. Na razie jeszcze pogoda nie rozpieszcza, dość często pada, choć jest cieplutko. Teraz mamy semana santa - święty tydzień, więc jest okazja żeby zobaczyć jak Wielkanoc jest obchodzona w Hiszpanii. Msza była jak mecz piłkarski :P
Wylądowałem to może nie właściwe słowo, bo odbyliśmy całkiem długą podróż samochodem. W sumie o wiele dłuższej w Europie się nie da... Prawie trzy i pół tysiąca kilometrów podzielone na 4 etapy. Najpierw króciutki do Nysy, ale poprzedzony pakowaniem samochodu, wysyłaniem paczek i jeszcze ostatnim dniem w pracy Dorotki. Po siedemnastej opuściliśmy zamglony Kraków zapakowani po dach. Trochę było obaw czy uda nam się umknąć przed zimą na letnich oponach, zimowych do Hiszpanii nie było sensu zabierać. Szczęśliwie zdążyliśmy przed śniegiem, który zaatakował dzień później.
Drugi przystanek mieliśmy w Heidelbergu u cioci Dorotki. Kolacja, szybki, wieczorny spacer po mieście, oglądanie zdjęć - nie było czuć zmęczenia podróżą. Na kolejny dzień mieliśmy zaplanowany najdłuższy etap. Niemcy, cała Francja i nocleg pod Gironą. Wszystko zgodnie z planem, nawet korki spowodowane wypadkami udawało się nam omijać. Prowansja zieleni się już pięknie wiosną, w oddali było widać Mount Ventoux. Po zmroku dotarliśmy do hotelu.
Rano mieliśmy hotelowe śniadanie i rozpoczęliśmy ostatni etap. Chyba najtrudniejszy. W sumie GPS pokazał, że mamy więcej do przejechania niż poprzedniego dnia, ale po małych optymalizacjach wyszło troszkę mniej, ale nadal było około 1150 kilometrów. Zmieniając się za kółkiem szło gładko, cały czas autostrady... No właśnie. Te hiszpańskie nas bardzo zdziwiły. Okazało się, że polskie karty kredytowe nie są akceptowane, a gdy przyszło zapłacić coś koło 35 euro to nie mieliśmy tyle gotówki. Było cofanie, lekka nerwówka, ale koniec końców udało się zapłacić dolarami. Potem jeszcze w okolicach Granady mocno się rozpadało, więc trzeba było odrobinkę zwolnić, ale widoczki wynagradzały zmęczenie podróżą. Koło 21 dotarliśmy do Santa Margarity, jeszcze chwila czekania na zarządce aparthotelu i mamy klucze. Uff... Jesteśmy na miejscu.
Pierwszy apartament nie był szczytem marzeń. Właściwie to widok z niego nie był taki, bo wszystkie apartamenty są identyczne. Udało nam się przenieść jeden obok i z okien mamy teraz widok na morze i wstające rano słońce :)
Minął pierwszy tydzień. Przyjechały bagaże. W pracy w porządku, multikulturowo i od razu jest coś do robienia, nie ma długich korporacyjnych procedur. Ludzie pomocni i otwarci. Udało się kilka razy wyjść na rower. Tereny są super. Na razie jeszcze pogoda nie rozpieszcza, dość często pada, choć jest cieplutko. Teraz mamy semana santa - święty tydzień, więc jest okazja żeby zobaczyć jak Wielkanoc jest obchodzona w Hiszpanii. Msza była jak mecz piłkarski :P
Tuesday, March 5, 2013
skała.gi
To już pewne. Przynajmniej na rok jedziemy próbować innego chleba. Gibraltarskiego.
W zeszłym tygodniu miałem ostateczne rozmowy na miejscu, no i koniec końców postanowiliśmy spróbować. Najważniejsze, że we dwoje.
Luksusy bycia bezrobotnym przez jakiś czas pozwalają na załatwianie wszystkiego na miejscu jeszcze w Krakowie i już na układanie rzeczy tam daleko w Hiszpanii.
Także, w tym roku może zdobędziemy jakieś szczyty i przełęcze Sierra Nevada, które widać gdzieś tam daleko, ośnieżone na miejscu.
BTW, zapotrzebowanie na specjalistów jest spore, więc jakby ktoś rozważał różne ciekawe opcje może się odezwać.
W zeszłym tygodniu miałem ostateczne rozmowy na miejscu, no i koniec końców postanowiliśmy spróbować. Najważniejsze, że we dwoje.
Luksusy bycia bezrobotnym przez jakiś czas pozwalają na załatwianie wszystkiego na miejscu jeszcze w Krakowie i już na układanie rzeczy tam daleko w Hiszpanii.
Także, w tym roku może zdobędziemy jakieś szczyty i przełęcze Sierra Nevada, które widać gdzieś tam daleko, ośnieżone na miejscu.
BTW, zapotrzebowanie na specjalistów jest spore, więc jakby ktoś rozważał różne ciekawe opcje może się odezwać.
Subscribe to:
Posts (Atom)





