Pięknie to było powiedziane. Każde kolejne wyzwanie, nawet największa trudność powinna być brana jako próg, który trzeba pokonać, żeby wkroczyć do lepszego świata. Nie ważne na jakiej płaszczyźnie to będziemy rozpatrywać. I tak wiara w to, że idziemy ku dobremu jest najważniejsza.
W sobotę, po miesięcznej przerwie w startach pojechałem do Rajczy, żeby jeszcze spróbować coś powalczyć w RoadMaratonie. Niestety sam. Ale ważniejsze było, że trzeba było poszukać uśmiechu i pozytywnej energii na najbliższy czas. To się na pewno udało - wracałem uśmiechnięty i gotowy się dzielić radością.
Sam start w sumie całkiem udany. Co prawda na jakieś 20 km przed metą opuściły mnie siły i walkę o wyższą pozycję musiałem odpuścić, ale i tak byłem zadowolony. Dawno nie przejechałem takiego dłuższego kawałka w przyjemnej pogodzie i przy dobrej współpracy. Co prawda niektórzy musieli się szybko nauczyć jazdy na podwójnym, ale potem szło już bardzo sprawnie i szybko :) Trasa nie była zbyt górska, bo najbardziej mnie wymęczyły hopki i wiatr, ale taki urok tamtych okolic. Jedyny minus to początek. Gdy na odcinku "rozprowadzającym" po podjeździe na Kotelnicę najpierw karetka nie mogła uciec przed peletonem, a potem niby nową drogę tarasowały koparki ją wykańczające, a ten nowy asfalt pokryty był błotem i kamieniami...
Na koniec sezonu standardowo chyba będzie kilka czasówek, bo w Bieszczady tego roku też już nie ma po co jechać.
Monday, September 17, 2012
Wednesday, September 12, 2012
życie w skrócie
Przez ostatni rok wydarzyło się tyle, że spokojnie można by hojnie obdarować kilka osób. A nas jest tylko dwójka... Już wiele razy, przy różnych okazjach, mówiliśmy sobie jak to życie się zmienia - zmienia się świat wokół nas, nastawienie do różnych spraw, ludzie pojawiają się i znikają, a my uparcie przemy naprzód. Nie ma innej opcji - życie bierzemy w ciemno, jak w cytacie obok, żeby wypalić się do końca.
Nasz rok się jeszcze nie skończył i gorąco wierzę w to, że zamkniemy go bardzo pozytywnie i radośnie! Otworzymy nowy pełni zapału i chęci do nowych wyzwań i pełni pomysłów do każdą możliwą ewentualność.
Teraz jeszcze chwila na zamknięcie sezonu startowego, jeszcze można powalczyć o klasyfikację generalną w RoadMaraton. Obiecałem w końcu, że jakiś pucharek jeszcze przywiozę ;)
Nasz rok się jeszcze nie skończył i gorąco wierzę w to, że zamkniemy go bardzo pozytywnie i radośnie! Otworzymy nowy pełni zapału i chęci do nowych wyzwań i pełni pomysłów do każdą możliwą ewentualność.
Teraz jeszcze chwila na zamknięcie sezonu startowego, jeszcze można powalczyć o klasyfikację generalną w RoadMaraton. Obiecałem w końcu, że jakiś pucharek jeszcze przywiozę ;)
Wednesday, August 22, 2012
Male Czech Cycling Tour
Monday, August 13, 2012
generalka
Trochę filozofii na początek. Generalka ma to do siebie, że trzeba walczyć i starać się codziennie. Wydaje się proste i mało skomplikowane, ale wszystko zależy od tego, kto w jakiej generalce próbuje swoich sił. No i właśnie najważniejsze, żeby wiedzieć, która generalka rzeczywiście się liczy. Życie.
A wracając do przyziemnych generalek... Nie wspomniałem o ubiegłotygodniowym starcie na Lanckorona Tour, bo chyba nie warto. Ja, gdy tylko zaczęło padać, szybko odpuściłem, ale przy konfiguracji i oznaczeniu trasy, żwirze, błocie - nie było sensu. Około wyścigowa organizacja też wypadła w tym roku blado. Szczególnie, że miało to być ostatnie przetarcie przed Road Trophy to nie było sensu podejmować ryzyka.
No i Road Trophy... Jeszcze tydzień temu zapowiadała się idealna, kolarska pogoda. Chłodniej i słonecznie. I było tak - niestety tylko pierwszego dnia. Sobota to późno jesienne warunki, więc mając dużo bardziej kuszącą alternatywę i świadomość tych ważniejszych spraw nie stanąłem w ogóle na starcie. W niedzielę już było znośnie, ale i tak nas solidnie pokropiło.
Z samego startu nie jestem do końca zadowolony. Nie było takiej dobrej dyspozycji, na jaką można by liczyć. Pierwszy etap, prawie w całości po stromych ściankach, przy rwanym tempie to nie było to co lubię. Trochę mam sobie za złe, że "strzeliłem" z czołówki już po największych trudnościach, ale bywa... Ostatecznie 12 miejsce open i 6 w kategorii.
Do drugiego (i tak skróconego) etapu, jak już napisałem, nie wystartowałem. Ale był bardzo miły dzień wśród znajomych. Osobiście myślę, że etap powinien zostać odwołany albo przynajmniej przesunięty na późniejsza godzinę. Względnie można było zrobić jakąś czasówkę wieczorem, gdy pogoda już była całkiem znośna.
Etap niedzielny też został skrócony. Trasa nie było wcześniej oznaczona, a na mokrym asfalcie się nie da, więc czekało na nas 5 pętli z podjazdem na Zameczek. Przeciągnąłem się dość mocno, bo przy tej dyspozycji trzeba było się mocno wysilać, żeby pokonywać ten podjazd w takim tempie. Przynajmniej na zjeździe, pomimo deszczu, nie miałem problemów w porównaniu z innymi. Na plus wyszła zmiana kół. Wynik identyczny, jak pierwszego dnia. W generalce Road Trophy oczywiście nie byłem sklasyfikowany.
Weekend w Istebnej był jednak bardzo miły. Dużo punktów do tej ważniejszej generalki ;)
A wracając do przyziemnych generalek... Nie wspomniałem o ubiegłotygodniowym starcie na Lanckorona Tour, bo chyba nie warto. Ja, gdy tylko zaczęło padać, szybko odpuściłem, ale przy konfiguracji i oznaczeniu trasy, żwirze, błocie - nie było sensu. Około wyścigowa organizacja też wypadła w tym roku blado. Szczególnie, że miało to być ostatnie przetarcie przed Road Trophy to nie było sensu podejmować ryzyka.
No i Road Trophy... Jeszcze tydzień temu zapowiadała się idealna, kolarska pogoda. Chłodniej i słonecznie. I było tak - niestety tylko pierwszego dnia. Sobota to późno jesienne warunki, więc mając dużo bardziej kuszącą alternatywę i świadomość tych ważniejszych spraw nie stanąłem w ogóle na starcie. W niedzielę już było znośnie, ale i tak nas solidnie pokropiło.
Z samego startu nie jestem do końca zadowolony. Nie było takiej dobrej dyspozycji, na jaką można by liczyć. Pierwszy etap, prawie w całości po stromych ściankach, przy rwanym tempie to nie było to co lubię. Trochę mam sobie za złe, że "strzeliłem" z czołówki już po największych trudnościach, ale bywa... Ostatecznie 12 miejsce open i 6 w kategorii.
Do drugiego (i tak skróconego) etapu, jak już napisałem, nie wystartowałem. Ale był bardzo miły dzień wśród znajomych. Osobiście myślę, że etap powinien zostać odwołany albo przynajmniej przesunięty na późniejsza godzinę. Względnie można było zrobić jakąś czasówkę wieczorem, gdy pogoda już była całkiem znośna.
Etap niedzielny też został skrócony. Trasa nie było wcześniej oznaczona, a na mokrym asfalcie się nie da, więc czekało na nas 5 pętli z podjazdem na Zameczek. Przeciągnąłem się dość mocno, bo przy tej dyspozycji trzeba było się mocno wysilać, żeby pokonywać ten podjazd w takim tempie. Przynajmniej na zjeździe, pomimo deszczu, nie miałem problemów w porównaniu z innymi. Na plus wyszła zmiana kół. Wynik identyczny, jak pierwszego dnia. W generalce Road Trophy oczywiście nie byłem sklasyfikowany.
Weekend w Istebnej był jednak bardzo miły. Dużo punktów do tej ważniejszej generalki ;)
Monday, July 30, 2012
cmok pokoju
Tym razem było déjà vu innego rodzaju. Pierwszy raz w tym roku na start jechałem sobie samemu - tak jak w tamtym roku na Słowację do Starych Smokowców, żeby wziąć udział w Tatry Tour. Tym razem zamiast nie najlepszej pogody - bo ta była piękna, najlepszy nie był nastrój.
Zawodami jestem zawiedziony. Miało być dobrze, ale po ok. 2 i pół godziny jazdy dostałem takich skurczy, że myślałem, że się wycofam i tylko jakąś resztką siły woli jechałem dalej, żeby dojechać, zjeść, spakować się i wracać. Początek był dobry. Wjazd na Huty z niedużą stratą do prowadzących, a jak zwykle nie zaczynałem z czuba... Możliwe, że pojechałem nawet za mocno, od Zuberca łapały mnie takie skurcze, że ledwo mogłem przekręcić nogą. Minęły mnie 2 grupy. Potem na zjeździe jeszcze jedna tworzona przez chłopaków z HP Sferis, a ja nie byłem w stanie mocniej nacisnąć na pedały. Na koniec jeszcze trochę deszczu, grad, burza... To nie był mój dzień, a gorsze że trudno mi wytłumaczyć, dlaczego tak szybko zacząłem mieć problemy na trasie. Szkoda.
Za to niedziela trochę wynagrodziła sobotnie niepowodzenia. Rozjażdżka, obiadek, 19-tka, mecz siatkarzy. We dwoje. I to się liczy.
Zawodami jestem zawiedziony. Miało być dobrze, ale po ok. 2 i pół godziny jazdy dostałem takich skurczy, że myślałem, że się wycofam i tylko jakąś resztką siły woli jechałem dalej, żeby dojechać, zjeść, spakować się i wracać. Początek był dobry. Wjazd na Huty z niedużą stratą do prowadzących, a jak zwykle nie zaczynałem z czuba... Możliwe, że pojechałem nawet za mocno, od Zuberca łapały mnie takie skurcze, że ledwo mogłem przekręcić nogą. Minęły mnie 2 grupy. Potem na zjeździe jeszcze jedna tworzona przez chłopaków z HP Sferis, a ja nie byłem w stanie mocniej nacisnąć na pedały. Na koniec jeszcze trochę deszczu, grad, burza... To nie był mój dzień, a gorsze że trudno mi wytłumaczyć, dlaczego tak szybko zacząłem mieć problemy na trasie. Szkoda.
Za to niedziela trochę wynagrodziła sobotnie niepowodzenia. Rozjażdżka, obiadek, 19-tka, mecz siatkarzy. We dwoje. I to się liczy.
Subscribe to:
Posts (Atom)


