W sumie podczas wyprawy we włoskie Alpy przejechałem dobre 1164 km, a co ważniejsze prawie 30 km pionowo w górę! Galerię z wyjazdu można zobaczyć tu.
Tuesday, June 23, 2009
Galeria z wyprawy
W sumie podczas wyprawy we włoskie Alpy przejechałem dobre 1164 km, a co ważniejsze prawie 30 km pionowo w górę! Galerię z wyjazdu można zobaczyć tu.
Saturday, June 20, 2009
1111 metrów w górę z rana
Dzień piętnasty (20 czerwca)
Jeszcze wczesna pobudka przed 6 i szybki wyjazd Foscagno. Na górze tylko 5 stopni, ale jechało się całkiem fajnie. Potem szybki zjazd na śniadanie i kończenie pakowania. Zbieramy się do wyjazdu. Jeszcze dziś będziemy z powrotem w Polsce.
Jeszcze wczesna pobudka przed 6 i szybki wyjazd Foscagno. Na górze tylko 5 stopni, ale jechało się całkiem fajnie. Potem szybki zjazd na śniadanie i kończenie pakowania. Zbieramy się do wyjazdu. Jeszcze dziś będziemy z powrotem w Polsce.
Friday, June 19, 2009
St. Moritz
Dzień trzynasty (18 czerwca)
Tomek chciał dzisiaj odpocząć psychicznie od roweru i zrobić parę sesji fotograficznych, więc ja wybrałem się w samotną wyprawę po alpejskich przełęczach. Zacząłem od Passo di Gavia od strony Bormio oczywiście. Tym razem przygody ze śniegiem nie stwarzały zagrożenia, gdyż świeciło piękne słońce. Podjazd poszedł w miarę lekko, choć parę stromizn wymagało zwiększonego wysiłku. Po szybkim minięciu przełęczy, znajdującej się na małym płaskowyżu, ostrożny zjazd krętą, wąską i stromą drogą w kierunku Ponte di Legno z przejazdem przez tunel w totalnych ciemnościach... Chcąc zaliczyć jakąś nową atrakcję z Ponte di Legno skierowałem się dalej na wschód, na najbliższą przełęcz o nazwie Passo del Tonale na 1883 m n.p.m.. Około 10 km podjazdu tranzytową, a więc nie za bardzo stromą drogą w prażącym słońcu. A Tonale to stacja narciarska, nawet jeszcze dziś można było oglądać ludzie w strojach narciarskich zmierzających na gondolkę wywożącą fanów białego szaleństwa na tyle wysoko, że poszusować się jeszcze da. Zapuszczać się dalej na wschód to byłaby już przesada, więc z Tonale pojechałem z powrotem w kierunku Ponte di Legno i dalej, aż do Monno, cały czas w dół przy przeciwnym wietrze. Z Monno zacząłem wspinaczkę na Mortirolo, znaną mi z wcześniejszych zjazdów drogą. Jak to z Mortirolo nie ma lekko, wyjazd z Monno i końcówka podjazdu wymagają włożenia naprawdę bardzo dużo siły. Z przełęczy ostry i niebezpieczny zjazd w kierunku Grosio – ręce bolały od hamowania... Z Grosio już nie daleko do Bormio, ale czekała jeszcze jedna trudność. O ile, jadąc z Bormio przełęcz Le Prese jest łagodnym podjazdem to od strony Grosio jest mocno sztywno, szczególnie na fragmencie, gdzie wyznaczono objazd robót drogowych dla pieszych i rowerzystów. Wysokość jaką normalnie nabiera się pokonując dwie długie serpentyny została zastąpiona jedną, ostrą, 18% ścianką. Także dzisiaj na 130 km ponad 3,5 km w pionie, stuknął też 1000 km przejechanych w Alpach.
Dzień czternasty (19 czerwca)
Ostatni pełny dzień pobytu zaplanowaliśmy przeznaczyć na wycieczkę do szwajcarskiego St. Moritz. Tam, w okolicy jest kilka fajnych przełęczy, więc jeśli pogoda się nie zepsuje będzie można którąś zaliczyć. A poza tym trzeba do końca wykorzystać strefę bezcłową w Livigno...
Zgodnie z planem odwiedziliśmy St. Moritz. Na miejscu, jak przepowiadano, przelotny deszcz, więc dodatkowych przełęczy nie zaliczaliśmy. Za to przespacerowaliśmy się ładnie utrzymanego wokół jeziora i po centrum miasta, gdzie sklepy ma wiele najdroższych marek na świecie. Niestety nie chodziły jeszcze kolejki na najwyższe z pobliskich szczytów, więc tą atrakcję musieliśmy sobie podarować. Ale ogólnie zgodziliśmy się, że Bormio w porównaniu ze znanymi szwajcarskimi miejscowościami, które mieliśmy okazję zobaczyć jest dużo ładniejsze, tu czuć, że to miejsce ma historię, że nie powstało po prostu przez obudowanie zespołu wyciągów wielkimi hotelami i ułożenie kostki w centrum...
A po południu jeszcze siedliśmy na chwilę na rower i pojeździliśmy chwilę po okolicy zdążając idealnie przed naciągającym deszczem. Nawet nie jadąc daleko jest gdzie podjeżdżać, bo przejechawszy troszkę ponad 20 km wspięliśmy się prawie o pół kilometra w górę. Niestety, teraz czas pomyśleć o pakowaniu...
Tomek chciał dzisiaj odpocząć psychicznie od roweru i zrobić parę sesji fotograficznych, więc ja wybrałem się w samotną wyprawę po alpejskich przełęczach. Zacząłem od Passo di Gavia od strony Bormio oczywiście. Tym razem przygody ze śniegiem nie stwarzały zagrożenia, gdyż świeciło piękne słońce. Podjazd poszedł w miarę lekko, choć parę stromizn wymagało zwiększonego wysiłku. Po szybkim minięciu przełęczy, znajdującej się na małym płaskowyżu, ostrożny zjazd krętą, wąską i stromą drogą w kierunku Ponte di Legno z przejazdem przez tunel w totalnych ciemnościach... Chcąc zaliczyć jakąś nową atrakcję z Ponte di Legno skierowałem się dalej na wschód, na najbliższą przełęcz o nazwie Passo del Tonale na 1883 m n.p.m.. Około 10 km podjazdu tranzytową, a więc nie za bardzo stromą drogą w prażącym słońcu. A Tonale to stacja narciarska, nawet jeszcze dziś można było oglądać ludzie w strojach narciarskich zmierzających na gondolkę wywożącą fanów białego szaleństwa na tyle wysoko, że poszusować się jeszcze da. Zapuszczać się dalej na wschód to byłaby już przesada, więc z Tonale pojechałem z powrotem w kierunku Ponte di Legno i dalej, aż do Monno, cały czas w dół przy przeciwnym wietrze. Z Monno zacząłem wspinaczkę na Mortirolo, znaną mi z wcześniejszych zjazdów drogą. Jak to z Mortirolo nie ma lekko, wyjazd z Monno i końcówka podjazdu wymagają włożenia naprawdę bardzo dużo siły. Z przełęczy ostry i niebezpieczny zjazd w kierunku Grosio – ręce bolały od hamowania... Z Grosio już nie daleko do Bormio, ale czekała jeszcze jedna trudność. O ile, jadąc z Bormio przełęcz Le Prese jest łagodnym podjazdem to od strony Grosio jest mocno sztywno, szczególnie na fragmencie, gdzie wyznaczono objazd robót drogowych dla pieszych i rowerzystów. Wysokość jaką normalnie nabiera się pokonując dwie długie serpentyny została zastąpiona jedną, ostrą, 18% ścianką. Także dzisiaj na 130 km ponad 3,5 km w pionie, stuknął też 1000 km przejechanych w Alpach.
Dzień czternasty (19 czerwca)
Ostatni pełny dzień pobytu zaplanowaliśmy przeznaczyć na wycieczkę do szwajcarskiego St. Moritz. Tam, w okolicy jest kilka fajnych przełęczy, więc jeśli pogoda się nie zepsuje będzie można którąś zaliczyć. A poza tym trzeba do końca wykorzystać strefę bezcłową w Livigno...
Zgodnie z planem odwiedziliśmy St. Moritz. Na miejscu, jak przepowiadano, przelotny deszcz, więc dodatkowych przełęczy nie zaliczaliśmy. Za to przespacerowaliśmy się ładnie utrzymanego wokół jeziora i po centrum miasta, gdzie sklepy ma wiele najdroższych marek na świecie. Niestety nie chodziły jeszcze kolejki na najwyższe z pobliskich szczytów, więc tą atrakcję musieliśmy sobie podarować. Ale ogólnie zgodziliśmy się, że Bormio w porównaniu ze znanymi szwajcarskimi miejscowościami, które mieliśmy okazję zobaczyć jest dużo ładniejsze, tu czuć, że to miejsce ma historię, że nie powstało po prostu przez obudowanie zespołu wyciągów wielkimi hotelami i ułożenie kostki w centrum...
A po południu jeszcze siedliśmy na chwilę na rower i pojeździliśmy chwilę po okolicy zdążając idealnie przed naciągającym deszczem. Nawet nie jadąc daleko jest gdzie podjeżdżać, bo przejechawszy troszkę ponad 20 km wspięliśmy się prawie o pół kilometra w górę. Niestety, teraz czas pomyśleć o pakowaniu...
Wednesday, June 17, 2009
Madonna del Ghisallo
Dzień jedenasty (16 czerwca)
Dzisiaj w ramach luźniejszego dnia wybraliśmy się nad jezioro Como. Tam zrobiliśmy krótką pętelkę do kultowego miejsca kolarzy jakim jest Passo del Ghisallo, gdzie znajduję się kapliczka Madonna del Ghisallo i muzeum kolarstwa. Widać, że szczególnie dla Włochów jest to ważne miejsce. Zarówno w kapliczce, jak i w muzeum można podziwiać szereg pamiątek po dawnych i współczesnych mistrzach, od koszulek mistrzów świata począwszy, przez filmy i relacje z wyścigów, do zwycięskich rowerów. Położenie przełęczy też bardzo urokliwe z pięknym widokiem na rozległe jezioro Como i Alpy. Przejażdżka krótka, ale w miarę treściwa, bo na niespełna 40 km 750 m przewyższenia.
Dzień dwunasty (17 czerwca)
Dzisiaj planujemy zrealizować zamysł trasy z piątku. Przejeżdżając już kilka razy przez Livigno znaleźliśmy informację o busie przewożącym rowerzystów przez tunel, który ostatnio okazał się przeszkodą uniemożliwiającą przedostanie się z Livigno do Prato. Tym razem powinno zatem się udać, a z nowych zdobyczy górskich powinniśmy dopisać Ofenpass.
Madonna del Ghisallo chyba nam błogosławi. Dzisiaj jechało się nadspodziewanie dobrze. Początek pod Foscagno spokojny, bez żadnych problemów przy rześkim i chłodnym powietrzu. Potem szybki zjazd z wiatrem do Livigno, przejazd przez szereg galeryjek na granicę szwajcarską i oczekiwanie na wyjazd busa. Po przetransportowaniu przez tunel zaczynamy dość krótki i trochę dziwny podjazd na Ofenpass vel Pass dal Fuorn na 2149 m n.p.m.. Dziwny, bo miejscami wydaje się, że jest z górki i nawet z blata się pokonuje sporą część podjazdu. Z Ofenpass do granicy włoskiej wiedzie super zjazd po idealnym asfalcie, gdyby nie wstrzymujący wiatr można by się tam na pewno ostro rozpędzić. Do Prato drogę utrudniał nam silnie targający wiatr, ale jakoś dotarliśmy do podnóża podjazdu na Stelvio. Tak jak poprzednim razem zatrzymaliśmy się na krótko w miejscowości Gomagoi, skąd tak naprawdę zaczyna się właściwy podjazd na Stelvio, tzn. zaraz za Gomagoi zaczyna się odliczanie od 48... Wcześniej to takie typowe, monotonne „false flat” wzdłuż rzeki. Dobra dyspozycja dnia pozwoliła na pokonanie podjazdu w lepszym tempie niż poprzednim razem, bez konieczności siłowej jazdy po najbardziej stromych odcinkach. Zaskoczeniem była niewielka ilość ludzi wzdłuż całej trasy, zarówno motocyklistów, jak i kolarzy. Dane z dzisiejszego dnia to trochę ponad 140 km i prawie 3600 m przewyższeń.
Może to nieładnie, ale małym powodem do żartów dla nas stała się grupa Niemców, którzy zamieszkali w tym samym pensjonacie w tym tygodniu. Z początku zachowywali się głośno i żywiołowo, ale wystarczyły dwa dni zmagań z górami i już jest dużo ciszej. Wygląda na to, że przyjechali tu nie zdając sobie w ogóle sprawy, co ich czeka... „Ordnung must sein”, więc chłopaki mają z góry zaplanowany cały pobyt, wszystkie trasy, dni odpoczynku, itd. Dzisiaj już się porządek trochę posypał, bo po wczorajszym, królewskim dla nich, wjeździe na Stelvio dzisiaj nie byli w stanie się nigdzie wybrać. Wczoraj zaplanowane sto kilometrów jechali dobrze ponad 10 godzin... To taka przestroga dla wszystkich i przypomnienie, że góry przede wszystkim wymagają respektu.
Dzisiaj w ramach luźniejszego dnia wybraliśmy się nad jezioro Como. Tam zrobiliśmy krótką pętelkę do kultowego miejsca kolarzy jakim jest Passo del Ghisallo, gdzie znajduję się kapliczka Madonna del Ghisallo i muzeum kolarstwa. Widać, że szczególnie dla Włochów jest to ważne miejsce. Zarówno w kapliczce, jak i w muzeum można podziwiać szereg pamiątek po dawnych i współczesnych mistrzach, od koszulek mistrzów świata począwszy, przez filmy i relacje z wyścigów, do zwycięskich rowerów. Położenie przełęczy też bardzo urokliwe z pięknym widokiem na rozległe jezioro Como i Alpy. Przejażdżka krótka, ale w miarę treściwa, bo na niespełna 40 km 750 m przewyższenia.
Dzień dwunasty (17 czerwca)
Dzisiaj planujemy zrealizować zamysł trasy z piątku. Przejeżdżając już kilka razy przez Livigno znaleźliśmy informację o busie przewożącym rowerzystów przez tunel, który ostatnio okazał się przeszkodą uniemożliwiającą przedostanie się z Livigno do Prato. Tym razem powinno zatem się udać, a z nowych zdobyczy górskich powinniśmy dopisać Ofenpass.
Madonna del Ghisallo chyba nam błogosławi. Dzisiaj jechało się nadspodziewanie dobrze. Początek pod Foscagno spokojny, bez żadnych problemów przy rześkim i chłodnym powietrzu. Potem szybki zjazd z wiatrem do Livigno, przejazd przez szereg galeryjek na granicę szwajcarską i oczekiwanie na wyjazd busa. Po przetransportowaniu przez tunel zaczynamy dość krótki i trochę dziwny podjazd na Ofenpass vel Pass dal Fuorn na 2149 m n.p.m.. Dziwny, bo miejscami wydaje się, że jest z górki i nawet z blata się pokonuje sporą część podjazdu. Z Ofenpass do granicy włoskiej wiedzie super zjazd po idealnym asfalcie, gdyby nie wstrzymujący wiatr można by się tam na pewno ostro rozpędzić. Do Prato drogę utrudniał nam silnie targający wiatr, ale jakoś dotarliśmy do podnóża podjazdu na Stelvio. Tak jak poprzednim razem zatrzymaliśmy się na krótko w miejscowości Gomagoi, skąd tak naprawdę zaczyna się właściwy podjazd na Stelvio, tzn. zaraz za Gomagoi zaczyna się odliczanie od 48... Wcześniej to takie typowe, monotonne „false flat” wzdłuż rzeki. Dobra dyspozycja dnia pozwoliła na pokonanie podjazdu w lepszym tempie niż poprzednim razem, bez konieczności siłowej jazdy po najbardziej stromych odcinkach. Zaskoczeniem była niewielka ilość ludzi wzdłuż całej trasy, zarówno motocyklistów, jak i kolarzy. Dane z dzisiejszego dnia to trochę ponad 140 km i prawie 3600 m przewyższeń.
Może to nieładnie, ale małym powodem do żartów dla nas stała się grupa Niemców, którzy zamieszkali w tym samym pensjonacie w tym tygodniu. Z początku zachowywali się głośno i żywiołowo, ale wystarczyły dwa dni zmagań z górami i już jest dużo ciszej. Wygląda na to, że przyjechali tu nie zdając sobie w ogóle sprawy, co ich czeka... „Ordnung must sein”, więc chłopaki mają z góry zaplanowany cały pobyt, wszystkie trasy, dni odpoczynku, itd. Dzisiaj już się porządek trochę posypał, bo po wczorajszym, królewskim dla nich, wjeździe na Stelvio dzisiaj nie byli w stanie się nigdzie wybrać. Wczoraj zaplanowane sto kilometrów jechali dobrze ponad 10 godzin... To taka przestroga dla wszystkich i przypomnienie, że góry przede wszystkim wymagają respektu.
Monday, June 15, 2009
etap królewski
Dzień dziesiąty (15 czerwca)
Niebo lekko za chmurkami a plan na dziś to najprawdopodobniej najdłuższy etap naszych wakacji. Jakby liczyć wszystkie przełęcze to powinno nam wyjść ich dzisiaj chyba sześć. Nie powinno za to być stromo, więc chyba damy radę...
No i królewski za nami. Ponad 180 km i 4300 m przewyższenia. Zaczęliśmy od Mortirolo. Po drodze trzeba było jeszcze przeskoczyć hopkę, jak na alpejskie warunki, w miejscowości Le Prese. Moritrolo podjeżdżaliśmy od łatwiejszej strony niż zeszłym razem, tzn. od Grosio. Ponad 1200 m przewyższenia na niespełna 15 km, po interwałowym podjeździe. Nie za długie, strome fragmenty (ok. 16%), które można pokonać w wysokim rytmie są przeplatane wypłaszczeniami, na których można złapać oddech na następną ściankę. Następnie zjechaliśmy do Edolo i rozpoczęliśmy monotonny podjazd pod miejscowość Aprica. Akurat podjechać się opłacało, bo zjazd do Tirano mega. Trochę sobie też w tamtych okolicach nadłożyliśmy drogi, ale cóż... Z Tirano, które leży ok. 450 m n.p.m., po przekroczeniu granicy szwajcarskiej podążyliśmy w kierunku Passo del Bernina, które jest już ponad 2300 m n.p.m.. Z wyjątkiem okolic jeziora w Poschiavo, jedzie się cały czas równo do góry przy 6-9% nachyleniu. 4 km przed przełęczą Bernina wracamy z powrotem na włoską ziemię i po króciutkim zjeździe mamy przed sobą 4 trudne kilometry na przełęcz Forcola, na 2315 m n.p.m.. Potem już zjazd do Livigno, gdzie zaopatrujemy się na ostatnie trudności trasy. Dalej znane nam już podjazdy na przełęcze Eita i Foscagno i finalny zjazd do Bormio... W sumie, więc przełęczy dzisiaj przebyliśmy 6 i pół, bo na ostatnich kilometrach Breninapass nasza droga prowadziła do Włoch.
Niebo lekko za chmurkami a plan na dziś to najprawdopodobniej najdłuższy etap naszych wakacji. Jakby liczyć wszystkie przełęcze to powinno nam wyjść ich dzisiaj chyba sześć. Nie powinno za to być stromo, więc chyba damy radę...
No i królewski za nami. Ponad 180 km i 4300 m przewyższenia. Zaczęliśmy od Mortirolo. Po drodze trzeba było jeszcze przeskoczyć hopkę, jak na alpejskie warunki, w miejscowości Le Prese. Moritrolo podjeżdżaliśmy od łatwiejszej strony niż zeszłym razem, tzn. od Grosio. Ponad 1200 m przewyższenia na niespełna 15 km, po interwałowym podjeździe. Nie za długie, strome fragmenty (ok. 16%), które można pokonać w wysokim rytmie są przeplatane wypłaszczeniami, na których można złapać oddech na następną ściankę. Następnie zjechaliśmy do Edolo i rozpoczęliśmy monotonny podjazd pod miejscowość Aprica. Akurat podjechać się opłacało, bo zjazd do Tirano mega. Trochę sobie też w tamtych okolicach nadłożyliśmy drogi, ale cóż... Z Tirano, które leży ok. 450 m n.p.m., po przekroczeniu granicy szwajcarskiej podążyliśmy w kierunku Passo del Bernina, które jest już ponad 2300 m n.p.m.. Z wyjątkiem okolic jeziora w Poschiavo, jedzie się cały czas równo do góry przy 6-9% nachyleniu. 4 km przed przełęczą Bernina wracamy z powrotem na włoską ziemię i po króciutkim zjeździe mamy przed sobą 4 trudne kilometry na przełęcz Forcola, na 2315 m n.p.m.. Potem już zjazd do Livigno, gdzie zaopatrujemy się na ostatnie trudności trasy. Dalej znane nam już podjazdy na przełęcze Eita i Foscagno i finalny zjazd do Bormio... W sumie, więc przełęczy dzisiaj przebyliśmy 6 i pół, bo na ostatnich kilometrach Breninapass nasza droga prowadziła do Włoch.
Subscribe to:
Posts (Atom)